Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

FILOZOFICZNA UNIA EUROPEJSKA

LECH STĘPNIEWSKI


W przyszłej zjednoczonej i szczęśliwej Europie nie będzie żadnego "moje", "twoje", ale wszystko będzie nasze - wspólne, europejskie. Przynajmniej w dziedzinie ducha. Jak się zdaje, pierwsi zaczynają już tę prawdę pojmować filozofowie. Nic dziwnego zresztą, skoro to właśnie filozofia jest - mówiąc słowami Jerzego Hegla - "miejscem, w którym w sposób wewnętrzny rodzi się nowy duch".

Od strony materialnej filozofia należy wszakże tylko do jednej z odmian obróbki papieru: na białej kartce filozof stawia kleksiki, to znaczy pisze. Z owej pisaniny biorą się później chude nadbitki artykułów i grube księgi - a wszystko to nierzadko jeszcze gęsto przetykane uniżonymi prośbami kierowanymi do rozmaitych dobrodziejów, by raczyli akurat te a nie inne kleksiki obdarzyć przywilejem druku. A wtedy - o, trwaj szczęsna chwilo! - dumny autor może czasem np. przeczytać, iż na tle innych kleksików "wybija się nowa książka polskiego filozofa, Macieja Potępy: "Schleiermachers hermeneutische Dialektik", w której podejmuje on próbę...", a także "nie ogranicza się", "słusznie podkreśla", "wyjaśnia już w pierwszych rozdziałach", "subtelnie analizuje", jak też "szczegółowo analizuje", a nawet "odsłania (...) jeden z prawie niezbadanych dotąd obszarów problemowych". Skoro zaś "odsłania" i "słusznie podkreśla", to bez wątpienia będzie też jeszcze "inspirować i stymulować dalszą dyskusję".

Proroctwo uprzejmego recenzenta spełniło się aż za dobrze: dalsza dyskusja rzeczywiście już jest, tyle że nie o hermeneutyce, a o etyce, i nie Schleiermachera, a profesora Potępy. Poza tym wszystko się zgadza. Oto bowiem wścibska prasa doniosła niedawno, że pewien polski naukowiec znany "w europejskich kręgach badaczy filozofii niemieckiej" sporą część swych kleksików przepisał (i to "żywcem" - jak mawiają w takich razach uczniowie) od naukowców niemieckich. Podobno w kilku jego pracach granice między tym, co polskie, a tym, co niemieckie, wyglądają niczym po traktacie z Schengen: trudno ustalić gdzie właściwie jesteśmy, poza tym, że - oczywiście - wciąż jesteśmy w Europie.

Także w owej wydanej w Holandii cudnej książce o Schleiermacherze znalazło się trochę cytatów bez cudzysłowów i dlatego bezlitosna Rada Naukowa Instytutu Filozofii i Socjologii PAN postanowiła profesora Macieja Potępę (zwanego odtąd przez prasę profesorem Maciejem P.) wygnać precz ze swego szacownego grona. Nie wykluczone też, że profesor Maciej P. wkrótce zostanie zwykłym Maciejem P., bo rozważa się pozbawienie go tytułu profesorskiego. Na razie nie bardzo jednak wiadomo, jak taki impeachment należałoby przeprowadzić, bo jeszcze nigdy tego u nas nie praktykowano. Widać dotąd mieliśmy w ojczyźnie naszej wyłącznie profesorów wybitnych i prawych.

W sumie historia to niezbyt ekscytująca, czymże bowiem są małe filozoficzne machlojki przy prawdziwym życiu. Ukradł dziesięć cytatów? Ależ tu kradnie się miliony! Nb. przepisywanie mają na sumieniu również filozofowie znacznie głośniejsi niż profesor P. Jakiś czas temu np. okazało się, że młodzieńcza rozprawka Fryderyka Nietzschego o Hölderlinie - jeszcze przez Heideggera przyjmowana jako świadectwo, że Nietzsche "od młodych lat lepiej niż jego współcześni zdawał sobie sprawę z tego, kim był Hölderlin" - została dokładnie i niemal w całości przepisana z książeczki wydanej w popularnej wówczas serii Moderne Klassiker (potem odkryto, że autor, od którego przepisywał Nietzsche, przepisywał jeszcze od kogoś innego...).

Niemniej pojawia się w tej historii przynajmniej kilka wątków godnych uwagi.

Po pierwsze - profesor Maciej P. nie jest kompletną naukową miernotą i nie przepisywał dlatego, że mu nie stało rozumu, by coś tam uczenie wydukać o Schleiermacherze. Nie stało mu charakteru - to pewne, ale przepisywał głównie dlatego, że nie nadążał. Nie nadążał zaś, bo łapał każdą okazję i drukował, gdzie tylko się dało, co jest pospolitą pokusą w sytuacji, gdy o nauce decydują urzędnicy. Urzędnik bowiem zawsze woli oceniać (i przyznawać granty!) wedle ilości i rozmiaru niż wedle jakości. Dwudziestoarkuszowa książka to dobry argument w rocznym sprawozdaniu; genialna idea naszkicowana na dwudziestu stronach - już nie. Na to nakłada się jeszcze obecna wciąż w naszym życiu umysłowym stara tradycja niemieckiej humanistyki: lubiącej potrawy ciężkie i tłuste, a przy tym obowiązkowo zapijane napojami, od których potem miło szumi w głowie. Można by zatem metaforycznie rzec, że profesor P. padł ofiarą golonki z piwem - zabójczej dla słowiańskich żołądków, nie zaprawianych od kolebki do metodycznego trawienia. Odwieczną ambicją każdego Niemca jest napisanie ogólnej teorii wszystkiego, a najmarniejszy "przyczynek do wstępu do zarysu..." to nierzadko trzy tomy dużego formatu. Dlatego Ludwik Wittgenstein, chyba najwybitniejszy niemieckojęzyczny filozof ostatniego stulecia - który za życia ogłosił zaledwie jedną cienką książeczkę (sławny "Tractatus logico-philosophicus") - wykładał w Cambridge; w swej niepojętej powściągliwości był bowiem całkiem nieniemiecki.

Po drugie - postępki profesora P. wyszły na jaw tylko dzięki temu, że upomniał się o to jeden z okradzionych niemieckich autorów. Z kolei jemu o kradzieży donieśli dociekliwi studenci, którzy w książce o Schleiermacherze odkryli kawałki prac swego nauczyciela. A przecież dziełka naukowe profesora P. były wcześniej wielokrotnie recenzowane, artykuły opiniowane do druku etc. To dobrze, że na uniwersytetach przynajmniej studenci jeszcze czasem czytają, ale gdyby profesor P. pisał wyłącznie po polsku i okradał wyłącznie zmarłych cudzoziemców, najpewniej nikt nigdy by się w tym nie połapał. Mało to profesorów-tłumaczy, specjalistów od swobodnych streszczeń, dożywających w spokoju swych dni? Niechże się P. tedy teraz wstydzi podwójnie: że kradł, i że kradł głupio!

Aliści długotrwałość uprawianego przez niego procederu jedynie po części obciąża jego recenzentów i promotorów. Ja oczywiście wiem, że recenzje często pisze się niedbale, z przyjacielską wyrozumiałością i nie bez nadziei na rewanż. Ale trzeba sobie też uprzytomnić, że w ciągu zaledwie dwóch-trzech pokoleń liczba wyrobników nauki zwiększyła się przynajmniej o rząd wielkości, co w połączeniu z urzędniczym promowaniem nieumiarkowania w stawianiu kleksików daje istną lawinę papieru. Rzetelnie (wedle dawnych miar) rozeznać się w niej już niepodobna i w wielu wypadkach naprawdę odpowiedzialny recenzent może tylko bezradnie rozłożyć ręce: nie wiem, nie pamiętam, nie miałem czasu sprawdzić, nie doczytałem... Rozwiązaniem nie jest nawet międzynarodówka recenzentów. Entuzjastyczna opinia o książce profesora P., którą na początku cytowałem, nie wyszła bynajmniej spod pióra jakiegoś polskiego lekkoducha, lecz została napisana przez poważnego niemieckiego profesora - z brodą, habilitacją i licznymi publikacjami (choć jej polski przekład ochoczo wydrukowało pismo ówcześnie współredagowane przez Macieja P.).

Kliknij, by powiększyć [18 KB]
[Tak wygląda filozof Fryderyk Schleiermacher]

Kliknij, by powiększyć [9 KB]

[...a tak niemiecki recenzent książki profesora Macieja P. o Schleiermacherze. Zdjęcia samego Macieja P. nie publikujemy (ochrona danych osobowych podejrzanego)]

Po trzecie i najciekawsze - poszkodowani Niemcy wcale nie domagają się ukarania profesora P., i wręcz bagatelizują jego oszustewka. Wychodzi na to, że także z punktu widzenia niemieckiej filozofii do istoty bycia Polakiem należy nieodparta skłonność do okradania niemieckiego pana. Z niemieckich samochodów, z czekolad wynoszonych z niemieckich supermarketów, no i oczywiście z niemieckich głębokich myśli. Być może też w prostocie swego niemieckiego ducha uważają, że przed polskim filozofem naprawdę nie ma lepszej drogi niż przepisywać od Niemca. Czyż bowiem mogłaby w ogóle istnieć jakaś filozofia polska bez Niemców? Już Cieszkowski pisał po niemiecku, Trentowski siedział we Fryburgu, a Twardowski na wszelki wypadek od razu urodził się w Wiedniu i studiował u Franciszka Brentany. Takie ujęcie relacji polsko-niemieckich rzuca bez wątpienia pewne światło na nasze przyszłe miejsce w Unii Europejskiej, gdzie też przecież tylko nieliczni będą pisać, a cała reszta - co najwyżej przepisywać. Gdy zatem nasi posłowie pokornie przepisują już dziś kolejne kawałki postępowego europejskiego prawa, warto pamiętać, że filozofowie byli jednak pierwsi. A zawsze miło pomyśleć, że nawet za naszymi najgłupszymi uczynkami stoją sobie jakieś racje filozoficzne.

Najlepiej w całej sytuacji znalazł się profesor P., który, ma się rozumieć, za swe grzechy jak najserdeczniej wszystkich przeprosił, czym po raz wtóry dowiódł, że ducha czasu czuje wprost wybornie. Tym samym sprawę jego filozoficznych kompetencji uważać należy chyba za zamkniętą.


© Lech Stępniewski grudzień 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny