Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

ERRATY DLA DUŻYCH I MAŁYCH

LECH STĘPNIEWSKI


Ogólnie niby wszystko wiadomo, ale w szczegółach trudno się połapać. Ogólnie na przykład nasi wspaniali negocjatorzy okryli się w Kopenhadze nieśmiertelną chwałą, warcząc i tarmosząc po kieszeniach każdego, kto im się nawinął pod zęby. Natomiast gdy przyszło do szczegółów, a osobliwie - do ich spisywania na wołowej skórze, czyli w tzw. Traktacie Akcesyjnym, sprawy zaczęły się nieco gmatwać.

Wskutek tego powstało wśród ludu nawet jakby niewielkie zgorszenie i sam pan premier Miller musiał w końcu stanowczo oświadczyć, że jest dobrze, ale nie tragicznie, a drobny problem z dopłatami dla rolników to właśnie wynik polskiego sukcesu negocjacyjnego. Targowaliśmy się bowiem tak zajadle, że z proponowanych przez Unię 25 procent dopłat "zrobiło się jeszcze 15 plus 15, czyli przekroczyliśmy 50 procent". Ponieważ zaś nasi targowiczanie osiągnęli nie tylko ten jeden - jak raczył się wyrazić pan premier - "niebywały sukces", lecz wręcz całą furę niebywałych sukcesów, o problemach z różnymi nikczemnymi szczegółami jeszcze nie raz usłyszymy. Konieczne też będą zapewne niejakie uściślenia rozmiarów naszych chwalebnych zwycięstw oraz korekty i zmiany, które dawniej zwano po prostu erratami.

Ludzie starsi pamiętają może jeszcze te niewielkie karteczki wtykane do książek i zawierające sprostowania dostrzeżonych w ostatniej chwili omyłek. Miły ten zwyczaj, świadczący o sumienności wydawcy, zanikł już w życiu umysłowym niemal zupełnie. Bo i czegóż na tych zabawnych karteczkach nie wypisywano! Głupstewka aż śmiech pusty bierze! Jest "Tezjod", a powinno być "Hezjod"; jest "wyłącznego", a "powinno być "wyłączonego"; jest "intelektulanych", a powinno być "intelektualnych". Naprawdę tak było - przepisałem z autentyku! Do tego jakieś przecinki wstawić albo skreślić, zmienić kolejność wierszy etc. A Tezjod czy Hezjod z nimi! Już sama potrzeba poprawiania podobnych błahostek wydaje się dziś równie niezrozumiała niczym używanie fiszbinowych gorsetów czy pomady do wąsów. Bo przecież ważna jest ogólna tendencja, frekwencja oraz intencja, a intencje wszyscy mają naturalnie jak najlepsze.

Weźmy na przykład taki PWN. Kiedyś to była firma! Wprawdzie do swej Wielkiej Encyklopedii Powszechnej wtykali erraty o rozmiarach małej broszurki (patrz hasło: "obozy koncentracyjne hitlerowskie") oraz poprawiali w haśle "Izrael, republika" "Jerozolimę" na "Tel-Aviw", ale dla osób zainteresowanych raczej wieczną filozofią niż ulotną polityką dodawali, że zamiast "Dowgrid Anioł" powinno być "Dowgird Anioł" i przyznawali, że rąbnęli się o 10 lat w dacie śmierci Maksa Schelera (w tablicy do hasła "filozofia"). Dzisiaj PWN (przechrzczony dziwacznie na Wydawnictwo Naukowe PWN) zapragnął być nowoczesny i swoją encyklopedię wydaje również na płycie DVD, co jest nieporównanie tańsze niż zadrukowywanie kilogramów papieru i nie łapie na półce tyle kurzu.

Ponieważ ja też czasem pragnę być nowoczesny, kupiłem, zobaczyłem i szybko wyłączyłem zniesmaczony. W haśle "Nietzsche" jest "Nietzsche", ale w haśle "Jaspers" już "Nietsche". W haśle "Weil Simone" nie mogli zdecydować się na płeć i stąd obok "była nauczycielką" jest też "twórczość Weila", "rozważania Weila" i "dzieło Weila". Szczytem niechlujstwa są jednak krótkie komentarze do dołączonych fragmentów filmów. Reżyser Robert Zemeckis trzykrotnie występuje jako "Zameckis", Jim Jarmusch zaś raz jako "Jaremusch" a raz jako "Jeremusch". Do tego kwiatki stylistyczne w rodzaju: "najwyższe, że jak na tamte czasy, koszty produkcji" czy "mówiącym tylko po francusku, w którym nasz bohater nie włada". A wszystko to w wydaniu: "zaktualizowanym i uzupełnionym".

Postanowiłem dla równowagi przejrzeć coś solidnego i kupiłem dziecku "Historię myśli od starożytności do XX wieku" Jana Tomkowskiego, firmowaną przez Świat Książki czyli Grupę Wydawniczą Bertelsmann Media. W końcu, jak przekonuje niestrudzenie p. Rafał Ziemkiewicz, "niebywałe sukcesy" pana premiera Millera mają przynajmniej tę ogólną zaletę, że na koniec przyjdzie Niemiec i weźmie wreszcie niechlujne polactwo za mordę, wprowadzając tym samym długo oczekiwany ordnung w szczegółach.

Owszem, na pierwszy rzut oka wszystko wygląda w "Historii myśli" sehr gut! Obwoluta błyszczy, papier błyszczy, ilustracje się puszą jak pawie. Szczerze podziwiam też cyrkową zręczność p. Tomkowskiego, który podjął się streścić na jednej stronie Kabałę, na dwóch - fenomenologię, a przy tym w dacie urodzin Maksa Schelera rąbnął się ledwie o rok. To poza tym naprawdę godna uwagi książka! Ale i w jej wypadku - choć jest to już kolejne wydanie! - nieobecność erraty daje się czasem odczuć.

Na stronie 140 omsknęła się o rok data śmierci Wernera Heisenberga. Z kolei na stronie 141 ojciec Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, Kazimierz Twardowski, ma na imię Jan i dlatego w indeksie osób został zlepiony w jedno z Janem Twardowskim, poetą, cytowanym przy omawianiu św. Franciszka z Asyżu. Jednak chyba najgorsza wpadka przydarzyła się autorowi na stronie 103. Cytuje się tam wcale spory kawałek z Kanta z jego słynnym "niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie", ale jako źródło podana została "Krytyka czystego rozumu" w tłumaczeniu Romana Ingardena, podczas gdy naprawdę jest to zakończenie "Krytyki praktycznego rozumu", którą przełożył Jerzy Gałecki.

Cóż jednak z tego, że w życiu umysłowym errat najwyraźniej brakuje, skoro za to nasze życie polityczne stało się od jakiegoś czasu jedną wielką erratą. Pouczyć może o tym choćby proste porównanie podawanych przez lata liczb na temat spodziewanych unijnych pieniędzy. Tam, gdzie jeszcze nieledwie wczoraj "powinny być" tłuste miliardy, teraz "jest" już tylko jeden chudy miliardzik, albo wręcz jakieś rozmienione na szczegóły miliony. A skoro tak przedstawia się sprawa z fruktami, nic dziwnego, że p. komisarz Verheugen swego czasu radził, byśmy i z szampanem ograniczyli się do jednego skromnego kieliszka. Na razie więc wystarczyć nam musi zawrót głowy od "niebywałych sukcesów".

Skądinąd sytuacja ekonomiczna chyba rzeczywiście nie wygląda najlepiej, o czym przekonał mnie początek pewnego głośnego ostatnio artykułu. Zaczyna się on bowiem od dramatycznej sceny, w której Adam Michnik zostaje wzięty przez swoją asystentkę za wariata, ponieważ życzy sobie, by kupiono mu nowy magnetofon, gdyż musi "nagrać jednego faceta". "Cena nie gra roli" - dodaje nieopatrznie. Właśnie ten - jawny już - objaw szaleństwa spotkał się z gwałtowną reakcją asystentki. "- Po co nowy magnetofon - urągała. - Jak to: «Cena nie gra roli!». To on nie wie, że musimy ciąć koszty!". Morał zaś płynie z tej historii taki, że, po pierwsze, kluczem do zamożności i szczęścia jest oszczędność, po drugie zaś, że niemoralne propozycje czynione podobnie oszczędnym firmom z góry skazane są na niepowodzenie.

I na tym przypomnieniu surowej etyki kalwinizmu właściwie można by poprzestać, ale autor, p. Paweł Smoleński, wdał się potem nieopatrznie jeszcze w jakieś nieistotne szczegóły - a gdzie stał magnetofon, a co p. Rywin mówił etc. - i wszystko znowu skończyło się erratą: tym razem w formie konferencji prasowej kierownictwa "Gazety Wyborczej". Z samokrytyk tam wygłoszonych wynikało m.in., że p. Smoleński ma kłopoty z pamięcią, p. Michnik nie zna się na magnetofonach, a p. Rawicz kompletnie nie ma pojęcia o Internecie i dlatego nie wie, czemu na nagraniu udostępnionym w sieci nie było słychać brzęku szkła, wyciętego najpewniej przez jakiegoś zgorszonego purytanina z "Gazety". Nie bardzo też wiadomo, czy p. Rywina nagrywał magnetofon stojący za książkami (jak napisał pierwotnie p. Smoleński), czy też mały, srebrny magnetofon ukryty w kieszeni skórzanej kurtki, której p. Michnik nie miał - jak wyjaśnił - "żadnego powodu wkładać na ten gorąc", więc powiesił dla niepoznaki na krześle. Ostatnia wersja głosi, że nagrywały oba, bo wprawdzie pierwotnie sądzono, że właśnie ten za książkami się zepsuł, ale potem się jednak jakoś naprawił, taśmę udało się wyplątać i dlatego prokuratura nie powinna już mieć teraz żadnych wątpliwości.

Niemniej babranie się w drobiazgach zawsze jest niebezpieczne. Jak zauważa Tertulian na początku czwartego rozdziału dziełka "De resurrectione mortuorum", heretycy najłatwiej uwodzą ludzkie umysły przez stopniowe dodawanie różnych szczegółów, co potoczna mądrość urobiła z czasem w porzekadło, że właśnie w nich, w szczegółach, siedzi diabeł, zaiste - nieprzyjemny jegomość.

Ale jeśli tam go nie dopadniemy, to gdzie?


© Lech Stępniewski luty 2003

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny