Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

DZIURA W KODZIE

LECH STĘPNIEWSKI


W miarę zbliżania się feralnej daty 1 stycznia 2000 r. - gdy tłuste honoraria za "ekspertyzy" zostały już zainkasowane - fachowcy coraz częściej zaczęli przebąkiwać, że ludzkości nie grozi bynajmniej katastrofa informatyczna, ale społeczna, a mianowicie wybuch paniki. Niestety, rzeczywistość okazała się znacznie gorsza: nie wydarzyło się bowiem właściwie nic!

Dziennikarze są oczywiście niepocieszeni. Straszyli, apelowali, z poczucia obywatelskiego obowiązku musztrowali najwyższe władze, czy aby nie wydały za mało naszych pieniędzy na "sztaby antykryzysowe", a tu psss... z pracowicie nadymanego balonu uszło raptem powietrze i teraz - jakby powiedział Franc Fiszer - cały pogrzeb na nic.

 

Uciekać do remizy

Powtarzane dziś na otarcie łez przez wczorajszych proroków zagłady pogłoski, że podobno coś się stało z pewnym komputerem w Egipcie czy może w Szwecji, brzmią cokolwiek żałośnie. I nawet jeśli wynajdzie się jeszcze na dokładkę jakiegoś idiotę, który w Pernambuco tuż po północy przyciął sobie palec w sterowanej procesorem windzie, nikim to już nie wstrząśnie, skoro ofiar zwykłych fajerwerków sylwestrowych było i tak dużo więcej!

Niemniej katastrofa (katastrofka?) naprawdę wisiała w powietrzu! Bo przecież zawsze łatwiej o nieszczęście, gdy ludziom naopowiada się wpierw bzdur bez umiaru i skrupułów (pamiętacie te plakaty z Ofiarą Roku 2000 śpiącą na chodniku pod gazetą?). Długotrwałe i metodyczne straszenie najdzikszymi urojeniami też daje niejednokrotnie bardzo realne efekty: ktoś może dostać zawału, ktoś może uwierzyć...

Wiadomo, plotka o niewypłacalności potrafi doprowadzić do plajty również niezły bank (socjologowie nazywają takie zjawisko samosprawdzającą się przepowiednią), gdy zacznie rosnąć lawina klientów domagających się jednocześnie zwrotu swoich pieniędzy. A teraz proszę sobie wyobrazić, co by się działo 1 stycznia, gdyby ludzie zaraz po północy rzucili się hurmem sprawdzić, czy w kranach jest woda, w kuchenkach gaz, a w kontaktach - dość prądu dla ich odkurzacza, pralki, opiekacza do grzanek... Telefony, owszem, od razu się zatkały, ale tak dzieje się w Polsce co roku, więc znajome 'pi pi pi' w słuchawce mogło podziałać jedynie uspokajająco.

Że "sztaby antykryzysowe", które nam zafundowano, też nie były malowane i działały bohatersko, jak to sztaby, na niwie literackiej, przekonała mnie uloteczka, którą administracja mojego domu przylepiła na drzwiach wejściowych. Zaczynało się toto od dobrych rad, żebym nakupił sobie wody do picia i świec do oświecenia, kończyło zaś zaleceniem, bym w razie czego oddał się w opiekę stosownemu urzędowi swemu, a jeśli znajdę się przypadkiem na wsi - bym uciekał w stronę remizy Ochotniczej Straży Pożarnej.

No i proszę: od paru lat rozprawia się gęsto o wpływie promieniowania kosmicznego i apokaliptycznych nastrojach końca wieku, a tu tymczasem ludzkość (wzmocniona nieco dla kurażu szampanem) pokazała wręcz stalowe nerwy.

 

Bojaźń i drżenie jako wybawienie

Ale dziennikarze - osobliwie ci, co najwięcej straszyli - też są nie w ciemię bici i powiadają teraz mniej więcej tak: to całkiem wspaniale, żeście się trochę pobali, bo właśnie dzięki temu nic złego was nie spotkało. Wychodzi na to, że "czwarta władza" zawsze jest kryta. Gdy coś się stanie, trąbi głośno: a nie mówiliśmy!; a gdy nie stanie się nic, trąbi jeszcze głośniej: ach, to dzięki nam, dzięki naszym światłym przestrogom i radom ocaleliście!

Taka "Gazeta Wyborcza", która jeszcze niedawno straszyła na potęgę, że administracja zbija bąki zamiast milenijnej pluskwy, w swym komputerowym dodatku z 4 stycznia pisze mętnie o tajemniczym sukcesie i gratuluje nam mądrości przed szkodą. Administracja pewnie zrobiła tyle samo, co zawsze, czyli niewiele, niedokładnie i po większej części dla picu, bo i skąd miałaby nagle dostać jakiegoś niebywałego natchnienia do roboty? A że się udało? Cóż - jak powiada Jakób Thoulé - jeśli rząd poradził sobie z jakimś problemem, to jest to najlepszy dowód, że żadnego poważnego problemu w ogóle nie było...

Nie znaczy to jednak, Boże uchowaj, jakoby najęci za furę naszych pieniędzy (które jak kamień w wodę...) najdrożsi specjaliści od gmerania w komputerach nic, ale to zupełnie nic, nie wykryli!

 

Policz pan koła

Przeciwnie, coś tam ani chybi powykrywali, choćby dla przyzwoitości, ale z kilku powodów żaden Problem Roku 2000 nie był im do tego potrzebny.

Po pierwsze, istnienie błędów w programach komputerowych jest raczej smętną regułą niż wyjątkiem. Programiści pokpiwają sobie nieraz, że program bez błędów, to jedynie program przetestowany przy użyciu błędnych procedur. Tyle, że wady usuwa się zwykle bez rozgłosu, bo żadnej firmie nie zależy na antyreklamie. W ostateczności wypuszcza się w świat "łatę" czy "zestaw serwisowy" do reperacji programu, albo "nową i jeszcze lepszą" jego wersję.

Po drugie, w grę wchodzi przemiły (z punktu widzenia godziwie opłacanego serwisanta) "czynnik ludzki", czyli fakt, że są i takie programy, które wprawdzie mogłyby działać zgodnie z oczekiwaniami, ale ktoś je źle zainstalował, skonfigurował, wprowadził do nich nieprawidłowe dane etc.

A gdyby i to źródełko zawiodło, zawsze znajdzie się w odwodzie - to po trzecie - jakiś dzielny wirus komputerowy. Wirusy mają tę dodatkową zaletę, że hulają sobie bez oglądania się na rok (choć niektóre lubią pewne daty) i chyba się nie pomylę przewidując ich nadzwyczajny wysyp w najbliższych tygodniach.

Jak widać, wykrywanie błędów to dla prawdziwego fachowca bułka z masłem, bo też i błędy czasem aż się napraszają, by je wykryć. Ot, nie szukając daleko, na początku grudnia redakcja jednego ze znanych miesięczników wysłała do paru tysięcy swych prenumeratorów "pisma przedprocesowe" z żądaniem natychmiastowego uregulowania rozmaitych należności, a potem przepraszała uniżenie za tę "pomyłkę komputera".

A co dopiero rzec o słynnym systemie komputerowym ZUS-u, który przez cały ubiegły rok cierpiał na swój osobisty Problem Roku 1999 niejako wprost na oczach zatroskanych podatników? Niestety, akurat z tym problemem rząd sobie jakoś nie poradził i zmuszony był na ostatek odtrąbić powrót do liczydeł.

Także w innych dziedzinach uparte szukanie usterek zwykło dawać wyniki. Idę o zakład, że gdyby od jutra wprowadzić przepis nakazujący kierowcom autobusów wysiadanie na nieparzystych przystankach i staranne liczenie kół w związku z problemem Opony 2000, wielu z nich znalazłoby przy okazji (o ile nie byłoby to nieopłacalne finansowo) rzeczywisty feler. Gdyby zaś za Oponę 2000 wzięły się odpowiednio liczne komisje mechaników samochodowych, którejś z nich niezawodnie trafiłoby się i koło wiszące na ostatniej śrubce.

 

Cztery teorie

Na temat tego, skąd w ogóle wziął się Problem Roku 2000, krążą przynajmniej cztery teorie, a każda z nich mówi więcej o ludziach niż o komputerach.

Pierwsza teoria daje do zrozumienia, że w sprawach tego świata idiotyzm jest przypadłością powszechną i dziwić powinien wyłącznie jego brak. Jeśli specjaliści od pojazdów kosmicznych mogą wyrzucić w próżnię zabaweczkę wartą kilkaset milionów dolarów, bo pomyliły im się niutony z funtami, to czemu podobna wpadka nie miałaby się zdarzyć informatykom? Sedno tej teorii najlepiej ujmuje ironiczne zdanie Michała Ogórka, że informatyka to "nauka XX wieku, która nie przewidziała nadejścia wieku XXI".

Druga teoria podkreśla, jak łatwo ludzie ogarnięci gorączką postępu zapominają, iż podstawą życia społecznego jest raczej konserwatywna ciągłość niż permanentna rewolucja. Dlatego też programiści - obracający się w dziedzinie, gdzie wszystko zmienia się w oczach w nieprawdopodobnym tempie - nie mieli przed trzydziestu laty dość wyobraźni, by przypuszczać, że pisane przez nich programy będą jeszcze używane w roku 2000. Zwłaszcza, jeśli po pracy obejrzeli w kinie "2001 - Odyseję kosmiczną", w której występował komputer cwany jak kongresman wybrany na drugą kadencję. Z kolei laicy w urzędniczych garniturach wierzyli w bajeczkę o rychłym skonstruowaniu "samoprogramujących się komputerów", więc kupowane programy beztrosko traktowali jako produkt przejściowy. I tylko w sennie pędzącym swój rozmamłany żywot realnym socjalizmie każde dziecko wiedziało, że nic nie jest tak trwałe jak prowizorka.

Trzecia teoria to teoria spiskowa. Jej zwolennicy utrzymują, że w czasach kiedy wielkie komputery-szafy miały tysiące razy mniej pamięci niż dzisiejsze komputery domowe, nagle ze sfer rządowych w USA zaczęły płynąć zalecenia, by daty w programach robionych na zamówienie administracji zapisywać jak najoszczędniej, a właśnie to sknerstwo zrodziło po latach Problem Roku 2000, a przynajmniej jego hipotetyczną możliwość. Programy te niebawem wykradali agenci pewnego wschodniego mocarstwa, a następnie uruchamiano je na ichnich komputerach-szafach, skądinąd dziwnym zbiegiem okoliczności kubek w kubek podobnych do tych, które stały w Ameryce. Wedle tej teorii milenijna pluskwa została zatem po prostu wymyślona i podrzucona Rosjanom niczym uśpiony agent, a cała wrzawa wokół niej miała w istocie dotrzeć tylko do jednego słuchacza - lokatora Kremla, i to jemu właśnie powinny były puścić nerwy. Wątpliwe, czy puściły do końca. Ale faktem pozostaje też, że Rosjanie na jakieś amerykańskie przyjacielskie kontrole jednak się zgodzili. Co prawda zaraz potem rosyjscy hakerzy włamali się ślicznie do sieci Pentagonu, więc być może Rosjanie wiedzą już, co Amerykanie o nich wiedzą i gra znowu jest remisowa.

Ostatnia teoria, przeraźliwie prymitywna i przekonująca, powiada, że poszło po prostu o pieniądze.

 

Pouczająca opowieść o dziurze

Opowieść o dziurze znajduje się w "Hebanie" Ryszarda Kapuścińskiego, sama zaś dziura zrobiła się pewnego dnia w drodze prowadzącej na największe targowisko w Afryce. Droga była wąska, więc żaden nadjeżdżający samochód nie miał szans, musiał wpaść w dziurę - wielką i głęboką na kilka metrów. Wtedy z okolicznych domów - bo dziura znajdowała się właściwie już na rogatkach miasta - wychodziła niespiesznie ekipa ratunkowa: przywiązywali liny, podkładali deski, ciągnęli, co jakiś czas odpoczywali wymieniając uwagi.

Ponieważ wyciąganie trwało długo, a w kolejce do wpadnięcia czekały już następne samochody, których kierowcy mieli teraz sporo wolnego czasu, wkrótce wokół dziury pojawiały się kobiety handlujące plackami i piwem z bananów, a potem mali chłopcy sprzedający papierosy albo gumę do żucia. W pobliskich warsztatach krawcy na poczekaniu reperowali odzież, kręcili się fryzjerzy, wędrowni czarownicy wróżyli i leczyli od ręki z wszelkich możliwych chorób. I tak to dzięki dziurze martwa dotąd okolica zaczęła tętnić życiem: rozkwitł handel i rzemiosło, bezrobocie zanikło. Poprawiło się również właścicielom okolicznych warsztatów samochodowych, bo mało wozów wychodziło z przygody z dziurą bez szwanku. "Długo ludzie - pisze Kapuściński - nie dawali tej dziury naprawić".

Rzecz jasna, nie jesteśmy w Afryce i do podobnych sztuczek nie potrzebujemy już ordynarnej dziury pełnej błota. Na naszym poziomie cywilizacyjnym w zupełności wystarczy dziura nieledwie wirtualna, na przykład dziura w komputerowym kodzie.

 

Biznes milenijnej pluskwy

Kto na pluskwie wygrał, a kto stracił, jeszcze dokładnie nie wiadomo i również nasi czarownicy, zwani potocznie analitykami, w tym wypadku wróżyli wyjątkowo pstrokato. Jedni na przykład przewidywali zastój w przemyśle komputerowym, dowodząc że ludzie będą się bali kupić nawet podkładkę pod mysz w obliczu komputerowego końca świata. Innym, odwrotnie, zwidywały się świetlane perspektywy i tłumy kupujących nowe komputery, w których elementem najnowszej generacji była, ma się rozumieć, naklejka z napisem: "gotowy na rok 2000".

Na dobry ład nikt nie potrafi też odpowiedzialnie powiedzieć, ile naprawdę ta zabawa w łapanie pluskwy ludzkość kosztowała. Najczęściej wymienianą sumą jest 600 miliardów dolarów, ale cyfra ta pojawiła się już prawie dwa lata temu i odtąd krąży po świecie i nabiera autorytetu głównie dlatego, że dziennikarze wzajemnie ją od siebie przepisują. Równie dobrze można by podawać liczbę dziesięciokrotnie mniejszą albo i dziesięciokrotnie większą: zależy to nade wszystko od inspirującej mocy sufitu, jaki się ma nad głową.

W samej Polsce na front walki z milenijną stonką wydano zapewne więcej niż łaska pańska wydziela tu co roku z budżetu szkołom wyższym na tę ich przemądrzałą i nudną naukę. To nie znaczy, że wydano okropnie dużo - bo nauce-bidulce dziś się nie przelewa - ale z pewnością wydano za dużo.

Oczywiście nie uważam, aby zarabianie pieniędzy na światowych modach i spełnianiu administracyjnych kaprysów było z natury czymś złym. To nawet pokrzepiające, gdy pieniądze z budżetu wracają, niby dzieci na marnotrawstwo wydane, do swego domu rodzinnego, czyli do prywatnej kieszeni. Teraz wypadałoby więc jedynie oczekiwać, że firmy informatyczne zasilone świeżutkim kapitałem zaczną się rozwijać, inwestować, pączkować... Efekt dziury.

Jednak z drugiej strony zbyt łatwy zarobek demoralizuje, szczególnie wówczas, gdy zdrowo przemaglowani przez media klienci nie mają już odwagi grymasić i wydają pieniądze dla świętego spokoju. Żaden z nich nie przyzna się też potem, że w istocie wyrzucił je w błoto, przeciwnie, będzie jeszcze gorliwiej podkreślał własną przezorność. Jak bardzo w tej cieplarnianej sytuacji wzrosło rozbestwienie w sferach komputerowych, uświadomiłem sobie dobitnie, kiedy w fachowym(!) piśmie zobaczyłem reklamę... skanera "odpornego na problem roku 2000".

Stosunkowo najsympatyczniej wypadają w tym towarzystwie bystrzy producenci milenijnych gadżetów. To oni rzucili na rynek koszulki z napisem "Boję się roku 2000" (a obok inne z napisem: "Przeżyłem rok 2000"), wymyśli niezliczone gry i wygaszacze ekranu z milenijnym robalem w roli głównej, a sklepy zapełnili rozmaitymi survival kits, dzięki którym wielu ludzi będzie odżywiać się przez najbliższe tygodnie smacznymi konserwami z ryżem.

Atoli jest w tym wszystkim obecny pewien niepokojący duch irracjonalizmu. Równolegle bowiem z hałaśliwą kampanią antypluskwianą, która - zdawałoby się - powinna zwykłym ludziom na długo obrzydzić komputery, ceny akcji spółek informatycznych na giełdzie nowojorskiej wspięły się na wyżyny, na jakich dostać można już tylko zawrotu głowy. Dość powiedzieć, że firmy mające obroty (nie zyski!) rzędu kilkudziesięciu milionów dolarów, entuzjazm giełdowych graczy wycenia dziś nierzadko na wiele miliardów dolarów.

Jeśli zaś ten balon pęknie, krach - tym razem porażająco realny - będzie taki, że nie zdziwię się, gdy również komputery zaczną wówczas wyskakiwać przez okna.


© Lech Stępniewski styczeń 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny