Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

DYSK PEŁEN PROROCTW

LECH STĘPNIEWSKI


Komputery zmieniają świat, więc każdy kto próbuje przewidzieć rozwój komputerów, ma poczucie jakby przewidywał przyszłość świata. Dlatego nawet w najpoważniejszych pismach komputerowych aż roi się od domysłów i spekulacji, ale jednocześnie w mało której dziedzinie - może z wyjątkiem polityki - przepowiednie, nawet krótkoterminowe, bywają bardziej chybione.

Najśmieszniejsze proroctwa wygłaszano na samym początku - prawie pół wieku temu. Pesymiści twierdzili wtedy, że komputer (nazywany przez dziennikarzy "mózgiem elektronowym") nigdy nie będzie mógł przyzwoicie grać w szachy, bo - jak jednoznacznie wynikało z obliczeń - musiałby mieć wielkość Pałacu Kultury, a na dobitkę co chwila przepalałaby się w nim jakaś lampa. Optymiści zaś wieszczyli w natchnieniu, że jednak kiedyś nadejdą czasy, gdy komputery będą ważyć mniej niż tonę. Wkrótce skonstruowano pierwszy tranzystor, układy scalone i nawet najbardziej optymistyczne wizje trzeba było mocno korygować. Dzisiaj przeciętny program szachowy potrafi dać mata przeciętnemu szachiście, a liczba tranzystorów w procesorze domowego mikrokomputera dawno już przekroczyła milion.

Wczesne proroctwa rozpalały wyobraźnię, ale były niegroźne, bo rzeczy i tak toczyły się swoim torem. Sytuacja zmieniła się na gorsze, gdy w roli proroków zaczęli występować rozmaici Ważni Ludzie Z Branży. Ich wizje - zgodnie z mechanizmem samospełniającej się przepowiedni - szybko przyjmowały kształt realny, ale potem tym trudniej było się z nich wyplątać. Dzieje programu MS DOS świadczą o tym szczególnie boleśnie.

 

640 kilobajtów na wieczność

DOS firmy Microsoft nie jest takim sobie zwykłym programem, lecz systemem operacyjnym, a to oznacza, że inne programy - te przeznaczone do pisania, rachowania czy malowania - działają niejako pod jego dyktando. Kiedy tworzono go na początku lat 80-tych, Bill Gates, szef Microsoftu wyprorokował nieopatrznie, że 640 kilobajtów pamięci dostępnej dla programów - a tyle właśnie potrafił obsłużyć DOS - wystarczy każdemu. W tamtych czasach mikrokomputery miały nierzadko 64 kilobajty pamięci, więc ilość dziesięciokrotnie większa czyniła proroctwo Gatesa całkiem prawdopodobnym. Poza tym - o czym wiedzieli jedynie specjaliści - DOS zaprojektowano dla nie najnowszego konstrukcyjnie procesora 8088 firmy Intel, który i tak z większej pamięci korzystać nie mógł.

Ponieważ jednak procesor 8088 został zamontowany przez IBM w jego pierwszym mikrokomputerze, wkrótce MS DOS przestał być takim sobie zwykłym systemem operacyjnym, lecz stał się najpopularniejszym systemem operacyjnym dla najpopularniejszych komputerów zgodnych z IBM PC. Napisano dla niego dziesiątki tysięcy wspaniałych i beznadziejnych programów, ale im więcej ich pisano, tym ważniejszy stawał się problem ich wzajemnej zgodności. Miłośnicy komputerów poświęcili bowiem na naukę tych programów zbyt wiele nie przespanych nocy i gdyby na przykład dowiedzieli się nagle, że ich ulubiony edytor za 399 dolarów nie będzie działał w nowej wersji systemu operacyjnego, mogliby się bardzo obrazić, do czego w gospodarce rynkowej żadną miarą dopuścić nie wolno. Chodziło więc z grubsza o to, by program napisany, powiedzmy, w czasach trzeciej wersji DOS-u mógł być uruchamiany na jednym komputerze z programem napisanym dla DOS-u numer cztery i w dodatku pod kontrolą DOS-u numer pięć. Jeśli to da się zrobić, to znaczy że kolejne wersje systemu operacyjnego są ze sobą zgodne w dół.

Takie równanie do dołu miało jednak swoją cenę - bezsensowna bariera 640 kilobajtów wciąż istniała, każda następna wersja DOS-u dziedziczyła ją bowiem w imię zgodności niczym grzech pierworodny. Zarazem bardzo szybko okazało się, że biurowi użytkownicy arkuszy kalkulacyjnych albo baz danych potrzebują dużo więcej pamięci niż jeden i to "nie doważony" megabajt.

Przez następne lata DOS przypominał socjalizm - to znaczy bohatersko przezwyciężał trudności, które sam stworzył. Programiści wyczyniali rozmaite sztuczki, by programy mogły jednak jakoś korzystać z większej ilości fizycznie obecnej w komputerze pamięci (dziś standardem jest już 8 MB, a więc kilkanaście razy więcej niż przewidywał Gates!), zwykli zaś ludzie szaleli od tajemniczych nazw w rodzaju: pamięć typu expanded, specyfikacja LIM, HMA albo UMB.

Wkrótce też pojawili się nowi prorocy, głoszący, że taki system - popapraniec długo się nie utrzyma. - Czy ktokolwiek - pytali rozsądnie - z wolnej i nieprzymuszonej woli wybiera sobie kłopoty? Według ich przepowiedni DOS powinien umrzeć już dawno temu, a oto żyje sobie do dziś: ostatnio zmumifikowany - niczym jakiś żywy trup zombie - wewnątrz najnowszych Windows 95!

Wygląda na to, że również w wypadku komputerów człowiek do każdego systemu w końcu się przyzwyczai. Co poniektórzy zaś mogą nawet wspominać stare wersje z łezką w oku - tak im się przecież wtedy dobrze kopiowało!

 

Historia wojny Apple - IBM. Krótki kurs

Jedyna naprawdę Złota Reguła głosi, że kto ma złoto, ten ustala reguły. W świecie komputerów, bardzo w końcu młodym, zdarza się jeszcze zależność odwrotna: duże pieniądze robią ci, którym uda się znaleźć swe własne poletko i upowszechnić jakieś nowe rozwiązanie. Jeśli więc ktoś potrafi przewidzieć, czyj pomysł - a wszyscy w tym biznesie są wprost niepoprawnie pomysłowi! - rynek przyjmie, trochę złota i jemu skapnie.

W roku 1975 wydawało się oczywiste, że reguły ustala wielki niebieski kolos - IBM. Gdyby jakiś prorok odważył się wówczas zwiastować, że wkrótce zagrozi mu dwóch zapaleńców montujących na razie swe komputery w garażu, potraktowano by to jako znakomity żart primaaprilisowy. Zwłaszcza, że garażowa firma o śmiesznej nazwie Apple (Jabłko) rzeczywiście została założona przez Jobsa i Wozniaka 1 kwietnia 1976 r. Ale to właśnie ich komputer odniósł niebywały sukces, Apple zaś na początku lat 80-tych jako pierwszy w branży komputerów osobistych osiągnął miliard dolarów rocznej wartości sprzedaży.

W roku 1980 wydawało się zatem oczywiste, że w dziedzinie mikrokomputerów reguły ustala raczej Apple, gdyż IBM najwyraźniej to poletko zlekceważył. Ponieważ jednak nie wypadało, by IBM jakiegoś rodzaju komputera w ogóle nie produkował, wkrótce koncern zaprezentował swoją wersję komputera osobistego - IBM Personal Computer. Nie był to cud techniki i szybko wypuszczono jego ulepszone wersje: PC/XT i PC/AT. Był natomiast stosunkowo tani, a stał się jeszcze tańszy, gdy IBM zezwolił na jego "klonowanie", to znaczy produkowanie kopii IBM PC przez niezależne, zazwyczaj dalekowschodnie firmy. Miał także otwartą architekturę, a więc składało się go jakby z klocków (płyta główna, dysk, karta graficzna, karta dźwiękowa, modem) i każdy z tych klocków również mógł pochodzić od konkurujących ze sobą producentów. W ten sposób narodził się standard.

Dlatego w roku 1985 prorocy znowu wiedzieli, że to jednak IBM - jak dziesięć lat wcześniej - dyktuje warunki. Komputery produkowane przez Apple były co prawda znakomite, ale ponieważ firma wszystko robiła sama i bardzo ceniła swoją robotę, kosztowały kilkakrotnie drożej od tajwańskich składaków. W dodatku odeszli z niej Ojcowie Założyciele, Jobs i Wozniak, a krzywe sprzedaży smętnie opadały w dół. Ale już w rok później pojawił się na rynku rewelacyjny zestaw Apple'a: komputer Mac Plus wraz z drukarką Laserwriter, który zrewolucjonizował tzw. małą poligrafię (DTP). Odtąd każde szanujące się studio reklamowe czy wydawnictwo musiało mieć u siebie Macintoshe, choćby tylko po to, by szef mógł z dumą pokazywać klientom te cacka, dodając przy tym pogardliwie, że "na pecetach (jak zwie się komputery zgodne z IBM PC) nie da się przecież poważnie pracować".

W 1990 roku Apple czuł się całkiem nieźle i mało kto początkowo przypuszczał, by wchodząca właśnie na rynek trzecia wersja programu Windows dla komputerów IMB PC mogła znacząco zmienić istniejącą sytuację. Prorocy już przecież zgodzili się między sobą, że na Macintoshach składa się gazety i robi reklamy, no a pecety stoją sobie w biurach: rachuje się na nich premie i nadgodziny oraz pisze dość koślawe listy do zwalnianych pracowników. Zapanowało swoiste zawieszenie broni, ba, nowy szef Apple'a, John Sculley, wszedł nawet w układy z odwiecznym wrogiem, żeby razem z IBM stworzyć komputer będący swego rodzaju połączeniem Macintoshy z pecetami. Rozmawiano niemal jak równy z równym.

Ale oto jest rok 1995. Profesjonalne programy do składu i obróbki grafiki pracujące dotąd jedynie na Macintoshach już od dawna działają na pecetach w środowisku Windows, które w międzyczasie zrobiło zawrotną karierę. PowerPC, ów komputer majstrowany wraz z IBM, jakoś nie całkiem wypalił, a usilnie lansowany przez Apple'a podręczny komputer Newton (ach, jaki szczęsny los mu przepowiadano...) okazał się całkowitą klęską. W ramach zabiegów magicznych kilkakrotnie zmieniono szefa, mówi się nawet - horrendum! - o klonowaniu Macintoshy, ale firma - znów twierdzą jak jeden mąż wszyscy analitycy - stanęła na krawędzi bankructwa.

Pytanie do zdolnego proroka brzmi: czy z tego, że z firmą Apple jest dziś tak źle, wynika, że za kilka lat będzie z nią na powrót bardzo dobrze, czy też, owszem, historia lubi się powtarzać, ale nie aż tak, żeby bez końca powtarzać swoje powtarzanie. Dla inwestujących na nowojorskiej giełdzie nie jest to, jak łatwo się domyślić, kwestia zupełnie abstrakcyjna.

 

Pogoda na jutro

Na razie jednak giełda szaleje na punkcie firm mających coś wspólnego z siecią Internet. Do niedawna wystarczyło wręcz mieć jakieś "net" (sieć) w nazwie, by akcje natychmiast szły w górę, gdyż - jak zgodnie prorokują prorocy - świetlana przyszłość należy dziś właśnie do sieci.

Buszowanie w sieciowych zakamarkach to dla dziesiątków tysięcy ludzi żyjących z obrabiania informacji niewyczerpane źródło ich chleba powszedniego, dla milionów zaś - jakby rodzaj nowej, wspaniałej gry komputerowej. Zwykły pecet - coraz tańszy i lepszy - doskonale się do tego nadaje, ale ponieważ to okropnie nudne, że od kilkunastu lat akurat ten jeden typ komputera tryumfalnie opanowuje świat, wymyślono naprędce nową zabawkę - komputer sieciowy.

Ma on być tańszy od przeciętnego peceta, bo bez dysku twardego i podłączany wprost do domowego telewizora - ale nie wlicza się tu rachunków za połączenie z siecią i strat spowodowanych chwilowym brakiem połączenia. Ma być również zdecydowanie prostszy w obsłudze - ot, taki trochę bardziej skomplikowany telefon. Są to dość dwuznaczne zalety, albowiem wiele osób woli sprawić sobie raczej drogi model, a potem imponować znajomym przeniknięciem jego tajemnic. Jeśli jednak komputer sieciowy wyprze pecety z domów, będzie to rewolucja przewracająca komputerowy światek do góry nogami. Mogłaby np. oznaczać koniec nieznośnej potęgi Microsoftu na rynku oprogramowania. Trudno się więc dziwić, że prorocy aż piszczą z uciechy i snują swe opowieści o tanim komputerowym raju w okolicach, bagatelka, 2005 roku.

Cóż, zawsze łatwiej rozprawiać o globalnych zmianach klimatu niż przepowiedzieć rolnikowi pogodę na jutro. Po koniec ubiegłego roku wielu lubiących wróżby specjalistów wypowiadało się w kwestii tak prozaicznej, jak cena pamięci do komputerów. Rozkoszując się swymi argumentami dowodzili ze swadą, że pamięć musi niebawem jeszcze zdrożeć, bo kończą się moce produkcyjne, bo właśnie ukazało się pamięciożerne Windows 95, bo rośnie popyt, bo... Jednym słowem, według nich człowiek roztropny powinien dokupić sobie czym prędzej przynajmniej ze cztery megabajty, póki jeszcze kosztują one mniej niż 400 złotych.

Dzisiaj, gdy piszę ten artykuł, cena takiej czteromegabajtowej kostki pamięci spadła już poniżej 100 złotych (!), a ja wdzięczny jestem niedowiarstwu swemu, że uchroniło mnie od ruiny finansowej i wstydu, jaki człowiek inteligentny miewa, gdy dał się wystrychnąć na dudka prostej Cygance.

*

Kiedy Pan - niech będzie błogosławiony! - przeznaczył na proroka narodów Jeremiasza, syna Chilkiasza, najpierw na wszelki wypadek urządził mu mały egzamin. - Co widzisz, Jeremiaszu? - zapytał znienacka w trakcie miłej, chociaż dosyć zobowiązującej rozmowy. - Widzę gałązkę drzewa migdałowego - odpowiedział bez wahania Jeremiasz. - Dobrze widziałeś - rzekł na to Pan z zadowoleniem i dopiero wtedy posłał Jeremiasza do Jeruzalem, by tam prorokował.

Tak, to byłoby może pewne rozwiązanie... Ale jak przeegzaminować z daru prorokowania kogoś, kto zamiast widzeń ma jedynie całodobowy dostęp do Internetu?


POSTSCRIPTUM z lutego 2000 r.

Pisałem ten artykuł (i wydrukowałem) w połowie roku 1996 i widzę teraz, że w roli proroka spisałem się chyba nie najgorzej:

- pamięć [dzisiejsze minimum to 32-64 MB] staniała jeszcze bardziej i za 100 złotych można jej kupić (mimo ciurkającej inflacji) przynajmniej kilka razy więcej niż 4 lata temu;

- firma Apple, przez wielu spisana na straty, podźwignęła się jednak z łoża boleści i porodziła iMaca;

- notowania giełdowe firm internetowych zaś tak poszły w górę, że kto po przeczytaniu mojego artykułu w nie zainwestował, dawno już jest milionerem...


© Lech Stępniewski czerwiec 1996

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny