Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny
 

ŻYDZI A CHRZEŚCIJANIE

 

SPRÓBUJMY UDAWAĆ, ŻE...

LECH STĘPNIEWSKI


Alicja - ta z "Po drugiej stronie lustra" Lewisa Carrolla - bardzo lubiła zabawę zaczynającą się od słów: "Spróbujmy udawać, że..." i kiedyś nawet okropnie przestraszyła nianię, gdy nagle krzyknęła jej do ucha: "Nianiu! Spróbujmy udawać, że jestem głodną hieną, a ty kością!"

Płochą tę zabawę można jednak uprawiać nie tylko po to aby kogoś przestraszyć, lecz przeciwnie - by go dobrze usposobić i uspokoić. Taki zapewne, między innymi, cel przyświecał 170 rabinom i teologom żydowskim, którzy 10 września ogłosili w "New York Times" oświadczenie "Dabru emet" - "Powiedzcie prawdę". Jest to, najogólniej mówiąc, wezwanie do wszystkich środowisk żydowskich, by wielka zmiana w stosunku chrześcijan do judaizmu, jaka zaszła w ostatnich latach, doprowadziła do podobnej przemiany w stosunku Żydów do chrześcijaństwa.

 

Dwustu odważnych

"Gazeta Wyborcza" publikując ów apel w trzy tygodnie później wraz z komentarzem Stanisława Krajewskiego opatrzyła go tytułem "Dwustu odważnych", z czego wynikałoby, że mówienie o chrześcijaństwie bez uprzedzeń i oskarżeń wciąż wymaga od Żyda aktu odwagi. Nie wróży to inicjatywie trwałości - bo jak wielu ludzi i jak długo jest w stanie rozmawiać w tonacji heroicznej - ale chciałbym się mylić! Najbardziej jednak boję się czytania "Dabru emet" poprzez pryzmat pokutujących tu i ówdzie złudzeń, gdyż tym większe będą później rozczarowania.

Złudzenie pierwsze, czyli spróbujmy udawać, że możliwe jest żydowskie "Nostra aetate".

Chrześcijanin, a zwłaszcza katolik, gdy dowiaduje się o rabinach przemawiających z ambony "New York Timesa" do Żydów, może mieć skłonność do traktowania ich słów niemal jako "głosu judaizmu". Tymczasem współczesny judaizm to nie jakieś uparte, zaskorupiałe, ale właśnie dzięki temu wewnętrznie jednolite trzymanie się tradycji mojżeszowej! Przeciwnie - dzieli się on na wiele najróżniejszych odmian. Skoro nie wszystkie z nich są zgodne co do koszerności pewnych potraw, trudno oczekiwać, by były zgodne akurat co do koszerności chrześcijaństwa.

Także sam status rabina nie przypomina "żydowskiego księdza", lecz raczej aktywnego w posłudze religijnej teologa. Niektórzy rabini cieszą się dużym osobistym autorytetem, inni - mniejszym, a jest też trochę zwyczajnych wariatów, przy których ks. Jankowski wygląda wcale poczciwie. Tyle że na nich nie można się poskarżyć ich biskupowi, gdyż podobnej hierarchii kapłańskiej (ani sukcesji) w judaizmie nie ma. Nie ma też naturalnie żadnego "żydowskiego papieża", za to zdarzają się już kobiety-rabini, bo nieokiełznanemu Postępowi widać nawet Jehowa - niech będzie błogosławiony! - nie poradzi.

Złośliwcy powiadają wręcz, że w sprawach religijnych trzeba by właściwie o wszystkim z każdym Żydem rozmawiać z osobna. Co bowiem jeden podpisze, to drugi odrzuci. Roztropniej zatem traktować "Dabru emet" jako godną uznania prywatną inicjatywę grupki żydowskich intelektualistów niż - jak sugeruje Stanisław Krajewski - swoisty odpowiednik soborowej deklaracji "Nostra aetate", która m.in. osłabiła antyjudaistyczne akcenty w katolickim nauczaniu. We współczesnym judaizmie podobny przełom wydaje mi się trudny do wyobrażenia.

 

Dwa ludy Księgi

Jeśli nawet w realnym życiu nie wszyscy Żydzi chcą z chrześcijanami rozmawiać, to chrześcijanin miewa czasem poczucie, że on i tak poprzez Stary Testament rozmawia z najgłębszą tradycją żydowską i dzięki temu może lepiej zrozumieć swych "starszych braci", że ma z nimi pewien "wspólny grunt". Jest to kolejne złudzenie, które, jak się zdaje, po części podzielają również autorzy "Dabru emet".

Złudzenie drugie, czyli spróbujmy udawać, że Pismo nas łączy.

Tymczasem chrześcijanin zawsze czyta Stary Testament z perspektywy Nowego, Żyd zaś - poprzez Talmud, Mojżesza Majmonidesa, Kabałę, Szulchan Aruch etc. etc. Dla jednego mesjanistyczne fragmenty Starego Testamentu w sposób oczywisty odnoszą się do Jezusa Chrystusa, drugi zaś, co zrozumiałe, ma przed oczyma górę osobnej tradycji, która narosła od czasu, gdy przed dwoma tysiącami lat drogi obu Czytelników się rozeszły. W praktyce prowadzi to do zaskakujących nieporozumień, o czym tak pisze arcybiskup Henryk Muszyński:

"W czasie jednego z moich pierwszych spotkań żydowsko-chrześcijańskich wskazałem na teksty o pojednaniu w Starym Testamencie. Wydawało mi się, że na tej płaszczyźnie powinniśmy dojść do jakiegoś konsensusu. Nie uwzględniłem jednak nauki rabinistycznej na temat pojednania i dlatego nie bardzo mogliśmy się dogadać. Dla Żyda nie ma bowiem bezpośredniego przeniesienia Biblii do życia, wszystko przechodzi przez teologię rabinistyczną. Zaskoczyłem ich tym, że posługuję się Starym Testamentem. I byłem zdziwiony, że nie podejmują tych kategorii, bo mi się wydawało, co jest starotestamentalne, to jest także żydowskie. Ale, niestety, tak nie jest."
I nie chodzi tu tylko o jakieś subtelne teologiczne "różnice interpretacyjne" w czytaniu Biblii, które - jak piszą autorzy "Dabru emet" - "muszą być uszanowane", lecz o dwie zupełnie odmienne pointy Starego Testamentu: żydowską i chrześcijańską. A komuś, kto wyszedł z kina w momencie, gdy film zapowiadał się na tragedię z budującym przesłaniem (a potem w domu długo owo przesłanie przeżywał), trudno porozumieć się z kimś, kto wysiedział do końca i doczekał, jak sądzi, trudnego happy endu.

Sytuacja jest też zasadniczo niesymetryczna. Za pełną czci lekturę "zasad moralnych Tory" Żyd nie może zrewanżować się chrześcijaninowi czymś podobnym. Pomijając marcjonitów i kilka innych herezji odrzucających Stary Testament, chrześcijanie zawsze traktowali Abrahama i Mojżesza z powagą. Natomiast dla ortodoksyjnych Żydów Nowy Testament to wytwór dziwacznej żydowskiej sekty, równie osobliwy jak dla katolika apokaliptyczne pisma Świadków Jehowy.

W dodatku nawet najlepiej usposobiony Żyd może w świętych księgach chrześcijan znaleźć i takie słowa:

"Żydzi zabili Pana Jezusa i proroków, i nas także prześladowali. A nie podobają się oni Bogu i sprzeciwiają się wszystkim ludziom. Zabraniają nam przemawiać do pogan celem zbawienia ich; tak dopełniają zawsze miary swych grzechów. Ale przyszedł na nich ostateczny gniew Boży" (1 Tes 2,15-16).
I cóż z tym począć? "Perfidi Iudaei" zostali wprawdzie usunięci z wielkopiątkowej liturgii, ale jak "ekumenicznie" ocenzurować św. Pawła?

 

Zgorszenie dla Żydów

Można wprawdzie do słów Pawłowych dodać np. mętny przypis, że to późna i niepewna interpolacja (co w istocie znaczy: nie tylko Homer czasem się zdrzemnie, ale i Duch Święty) albo zwrot "nie podobają się oni Bogu" przełożyć nieco bardziej zgodnie z greckim tekstem jako "Bogu nie przypodobujący się" (co zrzuca z Żydów odium Bożej niełaski i zachęca ich, by się w końcu Bogu przypodobali). Jednak wszystkie takie kosmetyczne zabiegi utrwalają tylko największe złudzenie.

Złudzenie trzecie, czyli spróbujmy udawać, że Jezus Chrystus nas nie dzieli.

Rzecz bowiem nie w kilku nieuprzejmych frazach św. Pawła czy antyżydowskiej stylistyce Ewangelii Janowej. Idzie ostatecznie o zasadniczą treść chrześcijańskiego kerygmatu, bo to ona sprawia, że każdy wysłuchujący go uczciwie pobożny Żyd może jedynie albo odwrócić się ze zgorszeniem, albo... nawrócić.

Żydowskie zgorszenie nie wynika przy tym z jakiejś chrześcijańskiej niezręczności czy przypadkowych uprzedzeń, które odpowiednia "komisja dialogu" potrafiłaby usunąć. Zapewne są i takie, niepotrzebnie raniące drobiazgi, ale po wszystkich kurtuazyjnych uprzejmościach "dialogowych" zawsze trzeba będzie w końcu stanąć wobec "Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą" (1 Kor 1,23-24).

Doceniam i z radością przyjmuję to nieprawdopodobne zgoła zdanie z "Dabru emet", gdzie powiada się, że "chrześcijanie poznają Boga i służą mu poprzez Jezusa Chrystusa". Mam nadzieję, że zawdzięczamy je nie tylko zawodowej odporności intelektualistów na rozmaite kombinacje umysłowe, gdyż dotąd za odpowiedni lek na żydowskie zgorszenia uważano żądanie, by Jezus, Jego krzyż, a najlepiej i sami chrześcijanie znikli sprzed żydowskich oczu.

Z drugiej jednak strony pojawia się tam niegodna intelektualisty niekonsekwencja. Jeśli bowiem, jak podkreśla się z ochotą, i chrześcijanie, i Żydzi czczą tego samego "Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, stworzyciela nieba i ziemi", to czemu "chrześcijańskie praktyki religijne nie są życiodajnym religijnym wyborem dla Żydów"? Albo mocniej: jeśli ten sam Bóg przemawiał przez Jezusa z Nazaretu, to czemu Żydzi mają Go nie słuchać?

 

Co Piotr powiedział mężom izraelskim

I chrześcijaninowi, i Żydowi znacznie przyjemniej jest gawędzić o religii choćby z buddystą czy nawet z ateuszem, niż ze sobą nawzajem. Właśnie dlatego, że obaj mówią o tym samym Bogu, ale - inaczej. A gdyby nawet uprzejmie zamilkli zapewniając się o wzajemnym szacunku i potrzebie wspólnej pracy "na rzecz sprawiedliwości i pokoju" (co nb. przypomina jedną z wielu pustych, choć dźwięcznych niczym "cymbał brzmiący", deklaracji Narodów Zjednoczonych), to samą swoją obecnością są dla siebie "znakami sprzeciwu".

Religijny Żyd pragnący dalej być religijnym Żydem pokazuje zarazem, że Jezus jest dla niego oszustem i bluźniercą, a w najlepszym wypadku szlachetnym szaleńcem, który miał o sobie stanowczo przesadne mniemanie, aczkolwiek ukarany został być może zbyt surowo.

Z kolei chrześcijanin nie poprzestając na Prawie Mojżesza nawet mimo woli świadczy, iż Żydzi zatwardzili swe serca i stali się głusi na Słowo Boże, a w najlepszym wypadku są ludem bez winy zaślepionym, za który trzeba się modlić, by wreszcie poznał światło prawdy.

Zwracam uwagę, że zwłaszcza ta najdobrotliwsza interpretacja - iż w nieznajomości Chrystusa nie ma żadnej żydowskiej winy - domaga się, aby chrześcijanin z tym większą gorliwością głosił Chrystusa właśnie Żydom! Przeciwne podejście oznaczałoby, że dla chrześcijan Żydzi są ludem nieuleczalnie wiarołomnym - a to nieprawda! O nawracaniu Żydów na gruncie "Dabru emet" nie może jednak być mowy, bo jego sygnatariusze tym razem próbują udawać, że i judaizm, i chrześcijaństwo to - jak klarownie podsumował Stanisław Krajewski -"równoległe, i równie cenne, drogi zbawienia", które, domyślam się, spotkają się dopiero w Bożej nieskończoności.

I byłby to piękny i zaprawdę budujący obraz, gdyby znowu nie wieczny kłopot z Jezusem Chrystusem!

Jeśli bowiem judaizm jest wciąż cenną drogą do zbawienia - i był taką, ma się rozumieć, również przed dwoma tysiącami lat - to chrześcijaństwo jest pomyłką, nauczanie Jezusa szalbierstwem, a św. Paweł powinien raczej jako rebe Szaweł szerzyć w Rzymie żydowski prozelityzm i bezkompromisowo rugać pogan wzdragających się przed obrzezaniem.

Ba, gdybyż jeszcze Jezus był Rzymianinem i trzymał się z dala od Jeruzalem! Wtedy już otwarcie można by głosić to, co teraz tylko się delikatnie sugeruje: że Żydom znakomicie wystarcza Mojżesz i prorocy, natomiast Jezus to już taka specjalna Boża "dokładka" dla reszty świata. Niestety, i Jezus, i apostołowie, i pierwsza gmina chrześcijańska - to, jak przy zupełnie innej okazji przypomina się dobitnie antysemitom, Żydzi. I o ile można się jeszcze spierać, czy to aby na pewno Żydzi Jezusa ukrzyżowali, to nie ulega wątpliwości, że właśnie Żydzi pierwsi w Niego uwierzyli, a On sam uważał się za posłanego przede wszystkim "do owiec, które poginęły z domu Izraela" (Mt 15,24).

"Mężowie izraelscy" - tak zwraca się do zgromadzonych apostoł Piotr w swej mowie po Zesłaniu Ducha, a na koniec, by było jasne, oznajmia:

"Niech więc cały dom Izraela wie z niewzruszoną pewnością, że tego Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem. Gdy to usłyszeli, przejęli się do głębi serca: Cóż mamy czynić, bracia? - zapytali Piotra i pozostałych Apostołów. Nawróćcie się - powiedział do nich Piotr" (Dz 2,36-38).

 

Krajcer-szmajcer

Dzisiaj, w obliczu pewnego zamętu, jaki panuje w kościelnym nauczaniu w kwestii nawracania Żydów, mowa św. Piotra uznana byłaby zapewne za wyraz agresywnego antyjudaizmu. Żydzi bowiem na wszelkie próby przyciągnięcia ich do chrześcijaństwa reagują nadzwyczaj histerycznie widząc w tym także zamach na swoją kulturalną i narodową tożsamość.

Mając chyba to właśnie na uwadze autorzy "Dabru emet" w oddzielnym punkcie zapewniają, że nowe stosunki między Żydami a chrześcijanami, do których nawiązania nawołują, "nie osłabią żydowskich praktyk religijnych", "nie przyspieszą kulturowej i religijnej asymilacji", "nie skłonią większej liczby Żydów do nawrócenia na chrystianizm" etc. etc. A nawet "nie powiększą liczby małżeństw mieszanych" - co wygląda mi na troskę o czystość rasową, której intelektualiści innych wyznań dawno już zostali oduczeni.

Jak widać z tego szczegółowego rejestru, nawet najbardziej ortodoksyjny Żyd nie musi się niczego obawiać ze strony chrześcijan, gdyż pomysłodawcy "nowych stosunków" z góry zapewniają, że jedna strona będzie prawie kompletnie nieprzemakalna na wpływy drugiej.

Ale jeśli tożsamość żydowska nie zostanie ani trochę naruszona, w jaki sposób znikną żydowskie uprzedzenia wobec chrześcijaństwa, które przecież także się na tę tożsamość składają? Znana to sprawa, że dla wielu pobożnych Żydów Żyd-ateista to zawsze jeszcze trochę Żyd, natomiast Żyd-chrześcijanin przestaje być Żydem absolutnie. I nie musi to być wcale chrześcijaństwo szczególnie żarliwe. Wystarczy związek małżeński z chrześcijańską dziewczyną, by rodzice traktowali odtąd swego syna jak zmarłego...

Jak głęboko obyczajowość Żydów przepojona została niechęcią do chrześcijaństwa - aż do poziomu najzwyklejszych codziennych gestów - uzmysłowiłem sobie podczas lektury "9 bram do tajemnic chasydów" Jerzego Langera. Znajduje się tam między innymi przypowieść o pewnym hultaju, który "po siedmiu latach głodu i poniewierki powrócił do domu jak wyszedł, bez jednego szmajcera". Do tego ostatniego, cudacznego wyrazu autor dał następujący przypis: "Nasi pobożni dziadkowie i babki żydowskie w Czechach i na Morawach niechętnie wymawiali słowo krajcer, ponieważ pochodzi z niemieckiego Kreuz (krzyż), mówili więc zamiast tego szmajcer".

 

Obiecany Izrael

Żydowscy intelektualiści, którzy podpisali się pod "Dabru emet", to wprawdzie ludzie religijnego ducha (także filozof Hilary Putnam od dawna przyznający się do inspiracji religijnych), ale chwilami miałem wrażenie, że bardziej interesuje ich polityka i historia niż teologia.

"Chrześcijanie mogą respektować żydowskie prawa do Ziemi Izraela" - stwierdzają zrazu skromnie. Po czym, już nie najroztropniej, zapewniają innych Żydów, że "wielu chrześcijan popiera Państwo Izraela z powodów znacznie głębszych niż sama tylko polityka". "Przyjmujemy to z aplauzem" - dodają, co brzmi prawie jak: "Bardzo ci dziękuję za prezent, który mi niewątpliwie wkrótce dasz".

Swoją drogą religijny status Izraela jest przedmiotem tak wielu kontrowersji wśród samych Żydów, że doprawdy byłoby niegrzecznie, gdyby to chrześcijanie pierwsi byli pewni, że owo konkretne, dzisiejsze państwo Żydów stanowi "fizyczny ośrodek przymierza między nimi a Bogiem". W końcu państwo to istnieje już przeszło pół wieku, a mury kolejnej świątyni Salomona nie urosły przez ten czas ani na centymetr...

Dziwnie prezentuje się też punkt dotyczący najnowszej historii i zaczynający się od słów: "Nazizm nie był fenomenem chrześcijańskim...", co komentator "Gazety Wyborczej", Jonasz, przyjął z niebywałym entuzjazmem pisząc, jaką to autorzy "Dabru emet" wykazali odwagę "broniąc nas przed ciężkim zarzutem, że nazizm jest fenomenem chrześcijańskim" i dając lekcję "szeroko pojętego ekumenizmu", z którego mógłby wziąć przykład choćby kardynał Ratzinger.

Po pierwsze, ta odważna obrona wygląda nie całkiem wspaniale, bo sprowadza się do stwierdzenia, że "nazizm nie jest nieuniknionym rezultatem chrześcijaństwa", co znaczy, na rozum biorąc, że jest rezultatem do uniknięcia - zapewne wtedy, gdy się chrześcijan bardziej przypilnuje. Po drugie, ów "ciężki zarzut" został wcześniej niefrasobliwie sformułowany przez samych Żydów i ma on tyle sensu, co przedwojenne uwagi Antoniego Słonimskiego, który pisał: "Wszystko co głosi Hitler zgadza się raczej ze Starym Testamentem. [...] Niemcy traktują Żydów jak Żydzi Amalekitów, a pojęcie o narodzie wybranym zdaje się być specjalnie dostosowane do polityki szowinistów niemieckich".

Równie dobrze chrześcijanie mogliby utrzymywać, że ich prześladowania za Nerona były "fenomenem żydowskim", bo w otoczeniu Poppei roiło się od prozelitów, albo przynajmniej skarżyć się na tradycyjną żydowską nieczułość wobec ich cierpień. Nb. nie jest mi znany ani jeden wypadek, by w czasach, gdy synagoga dominowała nad kościołem, jakikolwiek Żyd zaprotestował przeciwko prześladowaniom chrześcijan. Przeciwnie, Żydzi chętnie się do tych prześladowań przyłączali; najczęściej w roli - że użyję tej anachronicznej kategorii - "szmalcowników". Nie powstały też wówczas żadne wstrząsające żydowskie utwory w rodzaju "Biedny Żyd patrzy na Colloseum".

Niestety, wielu Żydów podobnie fantastyczne rozważania i "zarzuty" w odniesieniu do chrześcijan wciąż traktuje ze śmiertelną powagą i mało brakuje, by zaczęli udowadniać, że Haman też był chrześcijaninem. Wypadałoby więc zapytać, czemu 170 odważnych żydowskich intelektualistów akurat teraz wywleka te fantazje na wierzch, po części je powtarza, albo też z powagą, która w istocie sankcjonuje brednie, nieudolnie je odpiera?

Być może niedawna pielgrzymka Jana Pawła II do Ziemi Świętej, w czasie której wielu Żydów mogło się naocznie przekonać, że chrześcijaństwo jest wciąż źródłem wiary tak żywej i powszechnej, jaką trudno już znaleźć w Izraelu, paradoksalnie wzmogła odwieczne żydowskie obawy przed chrześcijańską misyjnością. Również państwu żydowskiemu przydałoby się wsparcie Watykanu na scenie międzynarodowej, natomiast szafowanie oskarżeniami o współudział w nazistowskich zbrodniach tak je zdewaluowało, że tracą one coraz szybciej swą "moralną" moc i kolejni oskarżeni pytają już tylko cynicznie - ile?

Nie chciałbym być nieuprzejmy, ani też zbytnią podejrzliwością psuć samemu sobie radości, jaką czułem podczas czytania niektórych fragmentów "Dabru emet", ale istnieje niebezpieczeństwo, że jeśli żydowskie tezy o chrześcijaństwie nie zostaną szybko podjęte, pogłębione i rozszerzone, to w gruncie rzeczy do chrześcijan dotrze tylko niezbyt ciekawa oferta: "Nie nawracajcie nas, wspierajcie państwo Izraela, a my za to nie będziemy stawiać znaku równości między chrześcijaństwem a nazizmem".

Powiedzcie prawdę, upewnijcie nas, że nie o to jedynie wam chodzi.


© Lech Stępniewski październik 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny