Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

CZŁOWIEK JEDNAK NAJWAŻNIEJSZY

LECH STĘPNIEWSKI


Kiedy przedstawiałem ostatnio ("Informatycy koncesjonowani"", "NCz!" 9/97) pomysł członków Polskiego Towarzystwa Informatycznego, by wprowadzić "certyfikaty" dla informatyków, nie potraktowałem go całkiem poważnie. Owszem, rozumiałem i rozumiem, że informatycy z cechu chcieliby dogryźć konkurencji, ale w prostocie ducha obwiniałem ich głównie o brak wyobraźni. Ot, podyskutują, pogrymaszą, ulżą sobie - a potem jakiś smutny urzędnik znajdzie w ich niefrasobliwie rzucanych myślach inspirację do wydania nowych rozporządzeń. Zwłaszcza idea "komputerowego prawa jazdy" wydała mi się szczególnie niebezpiecznym szaleństwem, ale nazbyt - nawet jak na urzędnicze głowy - szalonym, by tak od razu, rach-ciach, wprowadzić ją w życie.

Byłem naiwny niczym przedwojenne dziecię, ponieważ komputerowe prawo jazdy już istnieje!!!

Wymyślono je pięć lat temu w Finlandii, ale zrazu funkcjonowało jako specjalność czysto lokalna. Jednak niebawem głupia idea nabrała tężyzny i rozprzestrzeniła się na inne kraje skandynawskie, potem na Francję i Irlandię, a teraz właśnie dociera do Wielkiej Brytanii, Holandii, Włoch etc., no i, niestety, także do Polski, gdzie zameldowała się grzecznie w siedzibie Polskiego Towarzystwa Informatycznego.

Od niedawna głupia idea ma już zresztą z górki, gdyż - jak wyczytałem w Internecie na stronie PTI - tę wspaniałą inicjatywę "poparła Rada Europy" i włączyła ją do jeszcze wspanialszego "pakietu inicjatyw zmierzających do budowy w Europie Społeczeństwa Globalnej Informacji". Odtąd "komputerowe prawo jazdy" nazywa się dumnie Europejskim Komputerowym Prawem Jazdy (angielski skrót - ECDL) i zaleca się je także dzikim krajom Europy Środkowo-Wschodniej "jako jedno z działań dostosowawczych".

Brzmi to groźnie, bowiem ECDL nie jest jakimś tam cechowym "certyfikatem" wprowadzanym dla odróżnienia "naszych" (resp. "europejskich") informatyków od "nie naszych", ale dokumentem z założenia przeznaczonym dla przeciętnego użytkownika komputerów!

Gdy zadzwoniłem do Polskiego Biura ECDL (a tak, stać ich już i na biuro!), miła pani przede wszystkim starała się mnie nie spłoszyć ("ach! jestem uradowany, pojawił się poddany!") i od razu na wstępie zapewniła, że aby zdać egzamin na ECDL nie trzeba być, Boże uchowaj, żadnym informatykiem. Egzaminy - dodała przy tym - są osobliwie łatwe i przyjemne, a zdawać je można nawet po kawałku - w "modułach".

Rzeczywiście - zadania egzaminacyjne wydały mi się raczej nieskomplikowane. Pogrupowano je w siedem "modułów" - jeden teoretyczny oraz sześć praktycznych. W module teoretycznym zaleca się m.in. "sprawdzenie posiadania dobrych nawyków w obsłudze komputera i dbaniu o sprzęt" i wymagane jest "rozumienie różnicy między sprzętem a oprogramowaniem". W trakcie egzaminów praktycznych trzeba natomiast na komputerze coś napisać, policzyć w arkuszu kalkulacyjnym, zrobić bazę danych, prezentację graficzną etc.

Zdziwiła mnie początkowo ilość tych "modułów". Przecież jeśli ktoś umie "zapisywać bazę danych na dysku" (moduł piąty), zapewne umie także "zapisać pliki na dyskietce" (moduł drugi). Czy na egzaminie uniwersyteckim sprawdza się u kandydata umiejętność czytania? Skoro do otrzymania "prawa jazdy" i tak wymagane jest zaliczenie wszystkich modułów, na dobry ład wystarczyłoby kilka najtrudniejszych. Gdy jednak zapytałem miłą panią z Polskiego Biura ECDL o cenę przyjemnych egzaminów, wszystko stało się jasne.

Kosztują nawet niedrogo. Najpierw wykupuje się za marne 40 złotych EKUK, tj. Europejską Kartę Umiejętności Komputerowych, by egzaminatorzy - "wybrani starannie spośród członków PTI" - mieli gdzie odnotowywać nasze europejskie osiągnięcia. Potem już tylko płaci się 20 złotych za każdy moduł i na koniec jeszcze raz 40 złotych za samo "prawo jazdy". Dla studentów 25% zniżki.

Jak skalkulowałem posługując się podręcznym "arkuszem kalkulacyjnym", wyniesie to razem (przy założeniu nieustającego pasma sukcesów) 220 złotych, którą to sumę z komputerowego nawyku natychmiast wprowadziłem do swej osobistej "bazy danych" i opatrzyłem komentarzem w ulubionym "edytorze tekstu". Na koniec przetarłem miękką ściereczką monitor, by niezwłocznie zacząć wyrabiać w sobie "dobre nawyki w dbaniu o sprzęt".

Informatycy z PTI z prawdziwie marketingowym zacięciem informują, że Europejskie Komputerowe Prawo Jazdy "jest odpowiednie dla ludzi dowolnych zawodów i dla ludzi poszukujących pracy, w każdym wieku - od 8 do 80 lat". Kuszą zwłaszcza bezrobotnych - z przykrością muszę stwierdzić, że są to obietnice bez pokrycia.

Program zawarty w "modułach" zakłada bowiem, że posiadacz "prawa jazdy" powinien umieć zrobić wszystkiego po trochu. Zaprojektować "prostą bazę danych", stworzyć "prostą grafikę menedżerską", czy napisać list z kursywą. Tymczasem do roboty poszukiwani są głównie specjaliści. Mój znajomy, który używa komputera do drukarskiego składu książek, ma o arkuszach kalkulacyjnych raczej blade pojęcie. Zgodnie z europejskimi regułami nie powinien więc otrzymać "prawa jazdy", nawet jeśli zapłaci za wszystkie "moduły" z góry, ale po diabła mu jakieś "prawo", skoro on właśnie na brak pracy nie narzeka. Czy zresztą skrzypek musi koniecznie umieć grać na tubie, żeby go można było nazwać "muzykiem"?

Na koniec jeszcze dwie uwagi. W materiałach ECDL zaznaczono, że "egzaminy są dostosowane do oprogramowania pochodzącego od różnych producentów". Wspomina się abstrakcyjnie o "edytorze tekstu", lecz już nie mówi się, czy ten edytor to ma być Word Microsoftu, Word Pro zrobiony przez konkurencję z Lotusa, czy zgrzebny - choć do wielu celów wystarczający - polski Tag. W praktyce jednak ktoś musi zadecydować, jaki konkretny program (ewentualnie dwa lub trzy programy o zbliżonym stopniu trudności) będzie używany w trakcie egzaminów - choćby dla zachowania pozorów, że "prawo jazdy" jest "jednolite w całej Europie". Miła pani z biura ECDL wyraziła przypuszczenie, że zapewne na egzaminach brane będą pod uwagę programy "bardziej europejskie" i np. z Taga najprawdopodobniej zdawać nie mógłbym.

Programy "bardziej europejskie" to oczywiście programy amerykańskie, które, chcąc nie chcąc, Rada Europy będzie teraz poprzez inicjatywę ECDL promować. Chyba jednak raczej "chcąc", bo amerykańskie firmy programistyczne są okropnie bogate i trochę grosza od Billa Gatesa, szefa Microsoftu, pewno komuś skapnie. Przy okazji zwracam uwagę egzaminatorom "wybranym starannie spośród członków PTI", że propagując ECDL jednocześnie dobiją swoich polskich kolegów-programistów. Kto od nich kupi prowincjonalny edytor albo arkusz kalkulacyjny, gdy jego komputer właśnie odjeżdża do Europy? Proszę potem nie szlochać, bo ostrzegałem!

Całą głupotę i chytre wydrwigroszostwo idei "komputerowego prawa jazdy" demaskuje jednak ostatecznie pomysł, by egzaminy z kolejnych "modułów" można było zdawać w ciągu trzech lat. Trzy lata! Każdy, kto ma jakie takie wyczucie tempa zmian w tej dziedzinie, musi szeroko wytrzeszczyć oczy. Przecież ktoś, kto przed trzema laty potrafił biegle skopiować dyskietkę w DOS-ie, dziś zbaranieje na widok Windows 95. To trochę tak, jakby facetowi, który będzie jeździł samochodem z automatyczną skrzynią biegów, zaliczać do prawa jazdy egzamin zdany niegdyś na automobilu z korbą!

W trzeciej sekcji pierwszego modułu europejskiego egzaminu na Europejskie Komputerowe Prawo Jazdy zachęca się egzaminowanego do wyrażenia "opinii o sytuacjach, w których komputer może być bardziej użyteczny niż człowiek i odwrotnie". Otóż wydaje mi się, że w sztuce wyłudzania pieniędzy mózg ludzki długo jeszcze pozostanie narzędziem nieprześcignionym.


© Lech Stępniewski marzec 1997

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny