Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

DUŻY BURDEL LEGALIZUJE MAŁY

LECH STĘPNIEWSKI


"Obłuda jest hołdem, jaki występek oddaje cnocie" - głosi jeden z cierpkich aforyzmów księcia de La Rochefoucauld. W kraju szczerych, słowiańskich dusz znajduje on jednak niewielkie zastosowanie. Tak w każdym razie wynika z kolejnej odsłony dyskusji o legalizacji domów publicznych. Jak się bowiem zdaje, wielu Polaków najbardziej nie to mierzi, że w ich katolickiej ojczyźnie są burdele, ale to, że się inaczej nazywają.

Jeśli zaś idzie o samo istnienie miejsc rozpusty, to Polacy w tej kwestii podzielają bodaj - aczkolwiek na sposób pana Jourdain, czyli zgoła o tym nie wiedząc - stanowisko świętego Augustyna. "Czy jest coś bardziej brudnego, bardziej niegodziwego, bardziej haniebnego i bezecnego od nierządnic, stręczycielek i innych plag tego rodzaju?" - pyta retorycznie ów doktor Kościoła w drugiej księdze swego dzieła "De ordine". I dodaje:

"Ale usuń nierządnice ze społeczeństwa, jaki zamęt wytworzą wszędzie żądze cielesne; umieść je na miejscu zacnych matron - okryjesz się hańbą i niesławą. Tak więc ta kategoria kobiet wiedzie, jeśli chodzi o obyczaje, życie w najwyższym stopniu nieczyste; jednak prawa porządku wyznaczają jej określone stanowisko, chociaż najmarniejsze, jakie być może".

Byle ladacznica nie jest bowiem w stanie naruszyć ładu ustanowionego przez Stwórcę. Owszem, i ona ma w nim swoje miejsce. A kto by mniemał inaczej, ten podobny jest do człowieka, który obejmuje wzrokiem tylko jedną, nierówną kostkę mozaiki i dlatego umyka mu zamysł mistrza, co wszystkie kostki połączył w harmonijną i piękną całość. "Otóż to właśnie - dodaje św. Augustyn - przydarza się zbyt mało wykształconym ludziom, którzy są niezdolni słabym umysłem objąć i rozważyć jedność i harmonię wszystkich rzeczy i jeśli ich razi jakiś szczegół, to ponieważ ten szczegół jest w stosunku do ich sposobu myślenia czymś wielkim, uważają, że to w rzeczach tkwi jakaś wielka brzydota".

Dlatego też gdy na początku XV wieku rajcy krakowscy zwrócili się do sfer kościelnych z delikatnym problemem: Czy miasto może stawiać i utrzymywać domy nierządu, a potem czerpać z nich czynsze?, dominikanin Jan Falkenberg udzielił twierdzącej odpowiedzi właśnie w oparciu o autorytet św. Augustyna, dorzucając jeszcze na wszelki wypadek Arystotelesa i św. Grzegorza. Wywód jego zaś brzmiał mniej więcej tak:

Nierząd jest złem, ale złem koniecznym i mniejszym, gdyż usunięcie dziewek wszetecznych pchnie ludzi w grzech jeszcze gorszy, a mianowicie w grzech cudzołóstwa. Gdyby bowiem nie owe, jak je pospolicie zwą, kortezanki, małpy czy murwy, również skromne dziewice i zacne matrony narażone byłyby na nieprzystojne propozycje, a niejedna z nich za sprawą "żądz cielesnych" mogłaby nawet na ostatek ulec. Lepiej tedy trzymać nierządnice publiczne, niźli narażać życie rodzinne na zamęt i pokusy.

I w rzeczy samej trzymano je. Jak podaje Michał Rożek, "niektóre polskie miasta posiadały miejską nierządnicę, np. w Kunowie była «meretrix Heva dicta Pierdolonka», a w Krakowie w roku 1600 bito u pręgi «niewiastę miejską», czyli prostytutkę działającą niejako z urzędu". Z tego samego okresu pochodzi relacja pewnego węgierskiego podróżnika, który odwiedziwszy nasz kraj konstatował: "jeśli idzie o obyczajność, to nie sądzę, żeby w Sodomie i Gomorze większa była swoboda niż w Krakowie. Gdzie spojrzysz, ujrzysz bez liku wszeteczności. Gdzie skierujesz kroki, w ślad za tobą sunie cały poczet rozpustnic".

Nie należy jednak zaraz mniemać, że odstawaliśmy od norm ówczesnej chrześcijańskiej unii europejskiej. Średniowieczny Kraków utrzymywał raptem trzy domy rozpusty, do których zachodzili "presbiteri, laici et clerici", natomiast w Paryżu były wtedy już całe ulice lupanarów, prostytutki zaś powszechnie uważano za często uciążliwy, zawsze zasługujący na potępienie, ale zarazem zwyczajny element miejskiego krajobrazu. Norbert Elias podkreśla, że - przeciwnie niż to potem miało miejsce w kulturze mieszczańskiej - nawet "dzieci wiedziały o istnieniu tych instytucji. Nikt ich przed dziećmi nie ukrywał. Co najwyżej przestrzegano przed nimi".

Więcej - do dobrego tonu należało proponowanie przez burmistrza szczególnie dostojnym gościom, by zabawili się w domu publicznym na koszt miasta. Zachowało się m.in. podziękowanie z roku 1434 cesarza Zygmunta dla magistratu miasta Brna za to, "że oddał na trzy dni dom publiczny do jego i jego orszaku dyspozycji". W prawie czterysta lat później z podobnym przyjęciem spotkali się w pewnym niemieckim mieście powstańcy listopadowi uchodzący z nieszczęsnej ojczyzny. Jak wspominał jeden z nich, pensjonariuszki owego zakładu wystąpiły przepasane szarfami w polskich barwach, co niepomiernie wzruszyło wszystkich obecnych.

*

Dziś raczej nie mamy już złudzeń, że burdel jest gwarantem cnoty matron i dziewic oraz rodzinnego szczęścia; rodzajem rynsztoka, który gromadzi i odprowadza nieczystości, by nie śmierdziało w domu. Przeciwnie, w czasach mediów, reklamy etc. legalny nierząd, to jakby postawienie w środku miasta fabryki z wielkim kominem, która smrodzi wszystkim - czy życzą sobie tego, czy też nie. A jeśli nie zezwalamy na stawianie fabryk gdzie popadnie, to czemu zezwalać na swobodne zakładanie burdeli?

Zwolennicy legalizacji domów publicznych, prócz tęsknoty do nazywania rzeczy po imieniu, wysuwają na rzecz swego stanowiska następujące argumenty:

Po pierwsze, legalizacja umożliwi lepszą kontrolę w interesie tych, co z domów publicznych nie korzystają. Prawo bowiem uzna stan faktyczny, ale narzuci również pewne ograniczenia: np. skupianie przedsiębiorstw z tej branży w określonym kwartale ulic albo w specjalnej dzielnicy. Właśnie ta troska o "ekologię moralną" sprawi, że nikt nie będzie już zmuszony do oglądania widoków, których oglądać nie chce, czego w wypadku "dzikiej" prostytucji trudno uniknąć.

Po drugie, legalizacja umożliwi lepszą kontrolę w interesie klientów. Prostytutki będą rejestrowane, wysyłane na okresowe badania lekarskie etc. W jawnych domach publicznych więcej też będzie z atmosfery rzetelnego zakładu usługowego niż szemranego półświatka.

Po trzecie, legalizacja jest zgodna z interesem samych prostytutek. Nada im uprawnienia zawodowe, w jakiejś mierze ograniczy handel "żywym towarem" i przemoc sutenerów, a paniom odchodzącym z zawodu zapewni godziwą emeryturę. Oczywiście pod warunkiem, że regularnie opłacały składki na ZUS.

Są to obietnice piękne, ale niefrasobliwe. Teoretycznie już teraz można eksmitować uciążliwych sąsiadów, walczyć ze zmuszaniem do nierządu etc. i nie bardzo wiadomo, dlaczego np. poszkodowane kobiety miałyby chętniej zeznawać przeciwko szanowanemu biznesmenowi Parówczyńskiemu obracającemu się w granicach prawa niż przeciwko gangsterowi Parówie, który balansuje nad paragrafami. Nadto dwa ostatnie argumenty są wątpliwe moralnie, pierwszy zaś - nie całkiem realistyczny.

Liczne przykłady historyczne pokazują, że kanalizowanie prostytucji jest niemal tak samo trudne i przynosi równie mizerne efekty, jak jej całkowita delegalizacja. Według wybornego znawcy k*restwa, profesora Bronisława Geremka, w średniowiecznym Paryżu raz po raz próbowano odegnać niesforne nierządnice od "porządnych ulic", a mimo to ich domki stały nawet w sąsiedztwie katedry Notre-Dame. Skoro nie udawało się to w społeczeństwie o daleko większej "jedności światopoglądowej", dziś byłoby pewnie jeszcze gorzej. Bo i cóż np. począć z "agencją towarzyską" położoną w dobrym punkcie, która nigdzie wynieść się nie zamierza i dalej upiera się, że jest agencją właśnie, nie zaś burdelem?

Jeśli zaś idzie o lepszą kontrolę "jakości" domów publicznych, to doprawdy nie widzę powodu, dlaczego moje podatki miałyby iść na to, by ktoś tam mógł sobie pochędożyć zdrowiej i bezpieczniej. Wolę, by czuł, że uczestniczy w podejrzanym procederze, gdzie liczą się tylko jego własne pieniądze, a gdy ma ich przypadkiem za mało mogą mu za to nałożyć po buzi albo w najlepszym razie zrzucić ze schodów. A jeśli ceni sobie nade wszystko zdrowie i bezpieczeństwo - niechże to robi z własną żoną!

Owszem, nielegalne "agencje" są z pewnością bardziej, mówiąc policyjnym językiem, "kryminogenne" niż prawnie uregulowane burdele, ale właśnie policja zajmuje w toczącej się dyskusji najzupełniej pragmatyczne stanowisko. Nie uśmiecha się jej, co łatwo zrozumieć, perspektywa konsekwentnej delegalizacji i upartego ścigania zorganizowanej prostytucji, bo osiągnięcie na tej drodze jakichkolwiek znaczących efektów wymaga drakońskiego prawa oraz zaangażowania olbrzymich sił i środków. Ponieważ zaś sił i środków już teraz brakuje, więc obywatele ani chybi poczęliby sarkać, że policja zamiast łowić ponurych bandytów woli podszczypywać wesołe panienki.

Ale policji nie uśmiecha się również całkowita legalizacja domów publicznych. Wiadomą jest bowiem rzeczą, że w środowiskach tych ma ona wielu cennych informatorów, a ich niejasna sytuacja prawna znakomicie ułatwia rozmaite "naciski", składanie "propozycji nie do odrzucenia" etc. Niestety - i tu dopuszczalny pragmatyzm się kończy - podobne pertraktacje w półmroku demoralizują obie strony i często okazuje się, że nawet od najokrutniejszych nacisków można dobrodusznie odstąpić już za niewielką gratyfikacją.

Pozostaje argument trzeci. Skoro niewiast upadłych podnieść nie można - bo wolny człowiek ma wszak prawo leżeć, jeśli sam tego chce - to trzeba je przynajmniej zagospodarować. Naturalnie w pierwszym rzędzie dla ich własnego dobra, by odtąd poczęły cieszyć się wszelakimi "prawami obywatelskimi", a zwłaszcza niezbywalnym prawem do uczciwego płacenia podatków. Dziś bowiem "agencje towarzyskie" rozliczają się z urzędami podatkowymi na podstawie książek przychodów i rozchodów, wykazują straty, nie wystawiają faktur VAT etc. I to jest, zaiste, prawdziwa Sodoma i Gomora!

Pozytywne przykłady moralne płyną, jak zwykle, z krajów wyprzedzających nas w postępie. Pod koniec ubiegłego roku - podaję za "Polityką" - berliński sąd administracyjny uznał prostytucję za zawód, a nieocenieni Holendrzy już kilka miesięcy wcześniej nadali prostytutkom prawa zawodowe i status prawny zbliżony do fryzjerek. "Trzeba mieć tylko licencję zawodową, płacić podatki i składki ubezpieczeniowe".

Najprawdopodobniej i u nas nagłe zainteresowanie tym tematem mniej świadczy o stanie moralności publicznej niż o stanie publicznych finansów. Bo czyż ci, którzy lekką ręką opodatkowują benzynę, wódkę, gazety... znają jakiekolwiek granice? Brać, skąd się da - oto ich jedyna dewiza.

Nic dziwnego, że dla nich nawet d*pa jest do VAT-u, choć przecież mądrzy ludzie dawno już zauważyli, że to właśnie VAT jest do d*py...


© Lech Stępniewski styczeń 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny