Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

BEFSZTYCZEK

LECH STĘPNIEWSKI


Kiedy na przystani rzecznej w Bonn Adam Mickiewicz oznajmił swemu przyjacielowi, Antoniemu Edwardowi Odyńcowi, że właśnie napisał dziennik ich wspólnej podróży po Niemczech, ten ucieszył się "niewypowiedzianie". "Układałem już w głowie - opowiada Odyniec w "Listach z podróży" - jak ci będę wypisywał treść jego, a może i niektóre wyciągi. Aż tu cały ów mniemany dziennik składa się tylko z tych słów w pugilaresie: «Hamburg - bifsztyk; Weimar - Goethe; Bonn - kartofle», i koniec". No proszę, romantyczny poeta, który powinien mieć upodobanie jeno w pokarmach duchowych, a tu okazuje się, że hamburski bifsztyczek był dla niego równie godny zapamiętania, co rozmowa z panem radcą tajnym Goethem!

Według Brillat-Savarina moda na soczyste befsztyki przyszła na kontynent z Anglii, a ponieważ dobrze rachujący wyspiarze posyłali w ślad za nią również mięso, więc chyba nie pobłądzimy przyjmując, że i befsztyk spałaszowany przez wieszcza w Hamburgu z angielskiej zrobiono wołowiny. Dziś wieszcz musiałby obejść się smakiem, bo słowa: "angielska wołowina" brzmią w wielu uszach niemal jak "arszenik" albo "cykuta". Oto bowiem jacyś mędrcy od szkiełka i oka ogłosili, że choroba "wściekłych krów", coraz częstsza wśród bydła poddanych Jej Królewskiej Mości, może być u ludzi przyczyną tzw. zespołu Cruetzfeldta-Jakoba, a od tego się umiera, niestety. Co prawda samych przypadków zespołu C-J odkryto dotąd niewiele, liczy się je na sztuki i w Anglii wciąż o wiele łatwiej zostać np. przejechanym w piątek przez czarny samochód niż zachorować, ale czasy są takie, że gdy wypowiada się Nauka, trzeba obowiązkowo wpaść albo w zachwyt albo w histerię.

Flegmatycznych podobno Anglików udało się rozhisteryzować zadziwiająco szybko: szkoły nie karmią dzieci wołowiną, McDonald's nie sprzedaje hamburgerów i nawet rząd brytyjski ugiął się przed powagą Nauki, wydał stosowne oświadczenie, a potem zaczął rozważać pomysł wybicia całego pogłowia krów na Wyspach. Jednym słowem wszyscy zachowują się tak, jakby właśnie wrócili od wróżki, która w gwiazdach ujrzała straszną przyszłość angielskiej krowy. Z prawdami gwiazdowymi żartów nie ma, bo obowiązują do skończenia świata, ale tutaj przecież Nauka przemówiła, a do natury prawd naukowych należy ich kobieca wręcz zmienność. Nauka zrazu mówi to, potem sio, a potem jeszcze co innego i jedynie człowiek bardzo zabobonny albo bardzo młody mógłby natychmiast ulec jej kokieterii.

Weźmy choćby kwestię wpływu rozmaitego pożywienia na zdrowie: raz naukowo zdrowe jest masło, to znowu margaryna, sól - be, chyba że z mikroelementami, kurczak - tak, bo chudy, ale nie - bo pasiony hormonami. W co nam każą wierzyć koryfeusze dietetyki za parę lat - Bóg raczy wiedzieć! Bohater jednego z filmów Woody Allena, męczennik odżywiający się kiełkami i źródlaną wodą, budzi się po długim śnie w przyszłości, gdzie lekarze proponują mu na wstępie papierosa oraz szklankę brandy - właśnie odkryli, że są nadzwyczaj zdrowe.

Na dobitkę po świecie włóczy się teraz bardzo wielu zmyślnych naukowców i każdy może sobie ich wynająć, by mu coś tam naukowo udowodnili albo obalili. Czytałem kiedyś niezwykle przekonujące wywody, z których wynikało, że wegetarianizm ma podstawy naukowe, gdyż spożywanie jarzynek oczyszcza układ pokarmowy, prowadzi do wewnętrznej harmonii i tężyzny. Ale niedługo potem przeczytałem równie zgrabny essay wychwalający dobroć potraw mięsnych, o wegetarianach zaś ujawniający rzeczy przykre - wcześniej łysieją, wcześniej popadają w impotencję, a jeśli uda im się przypadkiem rozmnożyć, to dzieci mają cherlawe i umysłowo powolne. Wprost oszaleć można od tego nadmiaru nauki, co każdą ludzką chętkę, nawet dziwaczną i ciemną, potrafi tak pięknie objaśnić i ugruntować.

Oczywiście nie za darmo! Niegdyś o niedouczonych uczonych mawiano pogardliwie: homo unius libri - człowiek jednej książki. Kto bowiem jedną tylko książkę ma na oku, temu ona cały świat przesłania i Prawdy mu już szukać niesporo. Współczesny uczony to, wstyd powiedzieć, często także człowiek jednej książki, w dodatku takiej, która przesłania świat najskuteczniej - mianowicie książeczki czekowej. Pół biedy jeszcze, gdy swym autorytetem firmuje jakąś niegroźną modę, na której paru spryciarzy zbije majątek; gorzej - jeśli legitymizuje decyzje urzędników i tym samym powiększa ich realną władzę. Rynek żywności jest szczególnie wdzięcznym obszarem manipulacji, bo konkurencja tam wielka, łapówki spore, a o zdrowe papu obywateli zawsze się troszczyć wypada. Podobno wielką panikę antycholesterolową lat 50-tych wywołali producenci margaryny, kurczaków i soi, którym po zakończeniu II wojny światowej a potem Planu Marshalla raptownie skurczył się rynek. Niedawno paru profesorom równie naukowo wyszło, że cholesterol wcale nie taki straszny, a jajami można obżerać się wprost do rozpuku - też nie zaszkodzą. Może to i prawda prawdziwa - ale skąd pewność, że nie zrzucili się na nią wytwórcy jajek, masła i wołowiny?

Co do śmiercionośnej wołowiny angielskiej, to Miłująca Prawdę Nauka przedstawiła, jak dotąd, jedynie swoje "przypuszczenia" i "hipotezy", ale akcja została zorganizowana tak sprawnie, tak rączo wsparta przez Miłującą Prawdę Prasę i Miłujących Obywateli Urzędników, że ktoś gdzieś chyba może już turlać się beztrosko ze szczęścia. Unia zdeprawowana subwencjami, dotacjami, kontyngentami itp. objawami państwowej opieki, ma od dawna kłopot z nadmiarem żywności, więc każde zmniejszenie produkcji w tej dziedzinie to dobra nowina. Jednym ubędzie konkurentów, inni pomyślą z ulgą, że takie otwarte, naukowe niszczenie "szkodliwej żywności" - niejako na życzenie opinii publicznej! - wygląda dużo ładniej niż np. pokątne zakopywanie przeterminowanych zapasów. Angielscy producenci wołowiny też pewnie nie stracą. Jest ich tylu, że razem tworzą już spory "problem społeczny", a za odszkodowania dla nich i tak zapłacą podatnicy. Jak ostatnio ustalono - najprawdopodobniej także kontynentalni. Jeśli więc w gronie państw Unii nie znajdzie się nagle jakiś psuj zabawowy, dociekliwa Nauka długo jeszcze swoich hipotez "nie wykluczy", zwłaszcza, że w grę wchodzą pieniądze o niebo większe niż wszystkie Nagrody Nobla razem wzięte.

Nawet u nas, niby jakieś echo w cebrzyku, odezwał się GUS, Ministerstwo Rolnictwa, jak również sam pan minister Jagieliński, który osobiście zapewnił naród, że angielskiej wołowiny do Polski nie wpuści. Jest to opiekuńczość wręcz obrzydliwa, ponieważ ceny tego pysznego mięska lecą teraz na łeb na szyję i wielu ludzi ubogich miałoby po raz pierwszy okazję spróbować - na własne ryzyko! - czegoś lepszego niż salceson czy podroby. Kordony sanitarne z pewnością nie są w tym wypadku potrzebne, bo przecież sama obecność tej wołowiny nikomu postronnemu nie szkodzi: nie wyfruwa z niej żadna zaraza, powietrze nie staje się morowe etc. Umrze (ewentualnie) tylko ten, kto się jej naje - co do tego strachliwi naukowcy są jednomyślni. Niektórzy z nich - nieco sprytniejsi od innych - dodają przy tym chytrze, że czas wylęgania się choroby może być bardzo, baaardzo długi. Dziesięć lat - powiadają - trzeba poczekać, a potem się zobaczy. Dziesięć lat? Nie jest to specjalnie straszliwa perspektywa dla siedemdziesięcioletniego staruszka z nie zrewaloryzowaną emeryturą, który chciałby sobie na ostatek przypomnieć, jak smakuje prawdziwy befsztyczek. Powiem więcej: jawne sprowadzanie taniej wołowiny wydaje się roztropniejsze nawet w wypadku, gdyby rzeczywiście mogła ona komuś zaszkodzić. (Podkreślam, że na razie łatwiej wygrać miliard w Lotto niż zapaść na zespół C-J!) Wtedy przynajmniej część ludzi zje ją świadomie. Gdy rozwinie się kontrabanda, nikt już nie będzie wiedział, za co naprawdę płaci i jak hojną łapówkę dla celników wkalkulowano mu w cenę.

Brillat-Savarin podaje, że prócz befsztyka oraz ponczu wzięliśmy od Anglików także welch-rabbit, którym to słowem nazywają oni "kromkę pieczonego chleba z serem". Dziś ta niewyszukana potrawa znana jest u nas pospolicie jako "zapiekanka" - od lat do nabycia w każdej budce szybkiego żywienia.

Tyle nam zostało z wyspiarskich przysmaków. Adio, angielski befsztyczku!


POSTSCRIPTUM [z lipca 1997]

Dziś już widać, że cała ta heca z "trującą wołowiną" była w istocie niemiecką próbą zdyscyplinowania niesfornych Anglików, którzy z antyeuropejskim uporem wciąż nie chcą się poddać dyktatowi Bundesbanku ("mówimy euro, a w domyśle - marka"). Ba, nawet tamtejsi socjaliści jakoś nie bardzo garną się do niemieckiego (ponad)narodowego socjalizmu. Okropny narodek! Rudolf Hess też nie mógł się z nimi dogadać w 1941...

Tak jak przewidywałem, kontrabanda rozwinęła się ślicznie, i teraz rozmaite Komisje oraz inne Ważne Urzędy UE chlipią nad rozlanym mlekiem, lamentując dla fasonu (kto wziął łapówki, ten wziął), że Anglicy ponoć cichcem opchnęli wiele tysięcy ton swojej pysznej "trucizny". Komu opchnęli - nie do końca wiadomo, więc trzeba się kierować poszlakami, m.in. gwałtownym wzrostem zidiocenia, do którego choroba C-J nieuchronnie prowadzi. Na początek nie zawadziłoby chyba sprawdzić garkuchni na Wiejskiej...


POSTSCRIPTUM II [z grudnia 1999]

Wojna z Anglią wciąż trwa! Niedawno Francuzi oświadczyli butnie, że wołowiny z Wysp jednak do siebie nie wpuszczą! Sumienie im ponoć nie pozwala, bo przecież w trosce o zdrowie swych obywateli nie mogą lekceważyć opinii różnych "najwybitniejszych uczonych" - oczywiście francuskich - którzy w dalszym ciągu rozmaitych plag angielskich "nie wykluczają". Tego Anglicy już nie zdzierżyli i razem ze swoimi "wybitnymi uczonymi" poszli do wójta, to znaczy do europejskiego sądu, by przywołał żabojadów do porządku i wydusił z nich przy okazji grubszą gotówkę w ramach zadośćuczynienia za zniewagi i straty handlowe.

Natomiast Niemcom nie chciało się nawet niczego oświadczać ani ciągać przed kamery telewizyjne jakichś tam wybitnych niemieckich profesorków od chorób wołowinowych. Oni po prostu angielskiej wołowiny nie kupują - i basta!!! Atoli w tym wypadku dzielni Anglicy stulili uszy po sobie i o żadnych sądach ani myślą. Bo przecież nawet najbardziej szalona europejska krowa wie dobrze, czyj ordnung teraz panuje w Europie, i że Wysokie Niezawisłe Sądy Europejskie mogą Niemcom już tylko nagwizdać...


© Lech Stępniewski kwiecień 1996

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny