Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

PRECZ Z BANANAMI!?

LECH STĘPNIEWSKI


W numerze 40/1999 "Najwyższego CZASU!" ukazał się spory list podpisany przez pana Andrzeja Rajczaka przedstawiający osobliwy projekt uzdrowienia polskiej polityki rolnej. W.Sz. Redakcja nie opatrzyła go ani słowem komentarza, co chyba świadczy o Jej bezgranicznej ufności w inteligencję swych czytelników, choć dawka socjalizmu zawarta w pomysłach p. Rajczaka niejednego przyprawić może o zawrót głowy.

 

Rynek wolny, więc zamknięty

Dla niepoznaki p. Rajczak na początku udaje poczciwego liberała: tam, gdzie są niskie podatki, powiada, również koszty produkcji - a więc i koszty produkcji rolnej - powinny być niższe. Ale zaraz, nie wiedzieć jeszcze czemu, podkreśla: "w dzisiejszych czasach wnioski płynące z takiego rozumowania nie są jednak tak jednoznaczne". Cóż, złe mamy czasy dla rozumowań...

Niemniej kilka akapitów dalej p. Rajczak znów z wielkim samozaparciem rozumuje pokazując, że skoro na znaczną część kosztów produkcji wpływają podatki, to "przy zbliżonych obciążeniach podatkowych w sąsiednich krajach różnica w cenie pomiędzy (...) importowaną żywnością a własną będzie zawsze na korzyść tej pierwszej", gdyż eksporter (państwowy lub dotowany przez państwo) może tę "podatkową" część kosztów w cenie pominąć. Wydawać by się mogło, że teraz już p. Rajczak zauroczony własnym rozumowaniem wykrzyknie wreszcie pełną piersią: "Obniżmy podatki!" Ale nie! Ogranicza się jedynie do uwagi, że taka sytuacja - podaż taniej zagranicznej żywności - zwiększa zazwyczaj naciski na import, skoro "import żywności w naszym kraju nie jest możliwy bez koncesji, a więc sprowadzanie żywności wiąże się z wielkimi zyskami dla krewnych i znajomych Królika".

Nieskomplikowanego wniosku, by może raz na zawsze znieść koncesje, jakoś p. Rajczak przy okazji też nie wyrozumował. Zamiast tego puścił się na wyrafinowane rozumowania, dla których czas nasz jest daleko mniej okrutnym. "Ja liberalizm i wolny rynek pojmuję jednak inaczej" - oświadczył - po czym przystąpił do wyłożenia rzeczy trudnych do pojęcia. "W tej sytuacji, zgodnie z najświętszymi kanonami liberalizmu, najlepsze co rząd może z (...) rynkiem [produktów rolnych] zrobić, to pozostawić go w spokoju. Oznacza to zaprzestanie interwencji i dotacji w jakiejkolwiek formie. Ale oznacza to również zablokowanie, przynajmniej na pewien czas, jakiegokolwiek importu żywności, bowiem import zakłóci proces wykształcania się równowagi na tym rynku".

Ponieważ żyjąc już dość długo przyzwyczaiłem się jeść, jestem i ja z konieczności jednym z uczestników owego "rynku produktów rolnych". Różne miałem tam obiadki, ale nikt dotąd nie próbował mnie przemocą nawrócić - i to w imię świętych kanonów liberalizmu! - na nową religię soc-nacjonal-gastronomiczną przez surowe wzbronienie mi spożywania wszelkich pokarmów nieczystych, tj. tych, których nie zechciała wydać cudna polska ziemia. Nawet za poprzedniej wersji obecnego ustroju pojawiały się przecie parówki z kryla, pomarańcze z Kuby, rumuńskie wino i tym podobne internacjonalistyczne frykasy. A teraz, proszę - ścisła dieta pszenno-buraczana! Na dobitkę w języku p. Rajczaka przymus ten nazywa się "pozostawieniem w spokoju", więc aż boję się pomyśleć, co mogłoby Mu wpaść do głowy, gdyby w przyszłości zechciał mnie nieco zaniepokoić.

 

Socjalizm jako brzydki nawyk dłubania

Każdy socjalista - i p. Rajczak nie stanowi tu żadnego wyjątku - uważa, że jest dobrze, gdy jest spokój, a spokój jest, gdy wszystko jest dobrze pozamykane: zwłaszcza miejsce tak podatne na przeciągi jak rynek. Sam rynek, zgoda, niech sobie zipie, ale społeczny, chroniony, regulowany etc. Niechby i wolny... Jak go zwał, tak go zwał - w każdym razie taki, przy którym można sobie wedle chęci podłubać.

Rzecz jasna, socjaliści dłubią tak namiętnie nie z nudów, czy z niedostatków kindersztuby, ale dla Dobra Ludu! A i pan Andrzej Rajczak również chce mieć zamknięty wolny rynek żywnościowy nie dla swojej perwersyjnej przyjemności, ale po to, by kłótliwy import nie zakłócił procesu "wykształcania się równowagi na tym rynku", co "w ciągu najwyżej roku" doprowadzi do ukształtowania się cen żywności na "stabilnym, niskim poziomie", stabilne zaś ceny doprowadzą "bardzo szybko do uzdrowienia tego rynku", czego skutkiem z kolei będzie "uporządkowanie sektora przetwórstwa rolnego" oraz inne pomniejsze cuda i dziwy.

Skąd p. Rajczak wie to wszystko, próżno zgadywać. Musi dostąpił jakiegoś objawienia i z wyżyn onego do nas, maluczkich, tak gada. Ale dobrze byłoby jednak usłyszeć, po czym poznamy, nim ów "najwyżej rok" męki minie, że rynek już się pięknie zrównoważył, ceny ustabilizowały, a rozmaite sektory - uporządkowały? Czy znaki jakoweś się pokażą na niebiesiech, czy może raczej, zgodnie z soc-obyczajem, stosowna komisja w stosownym czasie coś tam ogłosi (i ową słuszną pokutę ewentualnie nam przedłuży lub skróci).

Nb. bardzo ciekawy jest argument p. Rajczaka, dlaczego to ceny - nie podszczypywane już żadnym importem - "powinny ukształtować się na stabilnym, niskim poziomie", Ano dlatego, że "Polska zawsze, z pominięciem okresu PRL-u, była eksporterem żywności". Jużci była! Ja to wiem. Ale czy ceny aby na pewno pamiętają, jak to pradziadowie nasi spławiali zboże do Gdańska, i zechcą ukorzyć się przed majestatem tradycji na "niskim poziomie"?

Ba, sam p. Rajczak już w następnym zdaniu odwołuje swą dobrą nowinę o "stabilnym, niskim poziomie" cen i znienacka oświadcza, że "ceny żywności mogą, co jest oczywiste, wzrosnąć (i na pewno tak zrobią), ale wtedy będzie to już wyłącznie skutkiem pazerności naszego systemu fiskalnego". Jak widać, w "pojętym inaczej" liberalizmie nie tylko "wolny" znaczy "zamknięty na trzy spusty", ale również "stabilny na niskim poziomie" to tyle co "rosnący". (Co do podatków, to wskutek "niejednoznacznych" wniosków p. Rajczaka zapewne obniżać ich nie będziemy.)

 

Chłop rynkowi nie przepuści

Fikołki semantyczne p. Rajczaka, choć trochę nieznośne, przyjmuję jednak z nadzieją, bo może i owo "zablokowanie, przynajmniej na pewien czas, jakiegokolwiek importu żywności" też w gruncie rzeczy znaczy pod Jego piórem co innego, niż znaczy. A mogło być jeszcze gorzej, skoro alternatywą dla "przynajmniej na pewien czas" jest chyba "na wieki wieków, amen".

Bo i co nas czeka, jeśli "jakikolwiek import" rozumieć literalnie? Banany i inne zamorskie paskudy jako niekoszerne - won. Z win zostawiamy tylko siarczane bełty, do herbaty - kiszona kapusta. Budki z wschodnim żarciem oczywiście padają, więc mafia wietnamska przerzuca się na narkotyki, a ponieważ są to ludzie stanowczy i pracowici - rozkręca ten rynek wprost niebywale. Z kolei sekta Hare Kriszna odcięta od soi i ryżu przechodzi ostatecznie na katolicki schabowy i w ten sposób przyciąga do siebie parę milionów dusz chwiejnych, które jeszcze tylko perspektywa wielkanocnej szynki trzymała przy wierze ojców...

A cała ta sodoma i gomora stąd, że p. Rajczak, zdaje się, wierzy, jakoby chłopi - drobni przedsiębiorcy przecie - kochali kapitalizm! A skoro kochają, to wszystko, co im się uroi, musi być z gruntu kapitalistyczne. Jeśli więc chłopscy watażkowie gardłują o zamykaniu rynku, zamknąć go trza i basta! Będzie kapitalistyczniej.

Tymczasem nie od dziś wiadomo, że kapitaliści często sami za kapitalizmem nie przepadają. Kupować, owszem, każdy chciałby w kapitalizmie, na rynku wielkim i dzikim jak Dzikie Pola, ale sprzedawać - to już w socjalizmie: planowo, podług przepisów. Tak też i nasze chłopstwo o niczym innym nie marzy, jak o tym, by wszystko co tam akurat w polu wyrośnie, jeszcze na pniu zakontraktować - i to koniecznie z ustawową ceną minimalną większą od kosztów.

Jest to może psychologicznie zrozumiałe, że chłop ma po dziurki w nosie nieprzewidywalności pogody i urodzaju, więc przynajmniej cenę chciałby mieć gwarantowaną. Trudno bowiem tak do serca przyjąć, że cena na wolnym rynku nie jest kaprysem panów z miasta, ale może być i dopustem Bożym - całkiem jak powódź albo gradobicie. Czy jednak z tego powodu powinniśmy właśnie chłopskie anty-rynkowe fobie traktować jakoś specjalnie? Ciekaw jestem, co by powiedział p. Rajczak, gdyby np. krawcy warszawscy wystąpili nagle z apelem do władz stołecznych, by nakazały surowo zabierać przybyszom na rogatkach wszelkie odzienie, albowiem jego niekontrolowany napływ "zakłóci proces wykształcania się równowagi na tym rynku".

Oczywiście, bez troskliwego pochylania się nad "bolączkami wsi" Unia Polityki Realnej ulubienicą chłopstwa en masse raczej nie będzie. Zamiast o przywilejach, regulacjach i opiece, mówi o rynku. I to nie o żadnym "rynku inaczej", ale o zwyczajnym - więc twarda to mowa. Jeśli zaś domaga się obniżenia podatków to przecież także nie w tym głównie celu, by "porwać kogokolwiek na wsi". Więc nawet jeśli tam kogoś nie "porwie", ja szlochać - w nieutulonej miłości do ludu - nie będę.

Może dlatego, że jakoś nigdy nie miałem skłonności do chłopów.


© Lech Stępniewski październik 1999

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny