Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

TAKIE SOBIE BAJECZKI

LECH STĘPNIEWSKI


Życie w bajkach to wcale nie bajka! W lasach czyhają gadające wilki, chatki zamieszkują głównie czarownice wypatrujące obiadku i złośliwe olbrzymy, tu i ówdzie wałęsają się smoki. A gdy człowiekowi uda się nawet jakoś z całym tym draństwem uporać, to i tak na koniec każą mu się żenić z księżniczką i zostawiają na głowie pół królestwa w stanie zapaści ekonomicznej. Ludność tamtejszych bajkowych okolic trudni się bowiem przeważnie odnajdywaniem ukrytych skarbów, co fatalnie wpływa na procesy modernizacyjne w gospodarce oraz na poziom inflacji.

Same bajki są natomiast często okrutne i niemoralne, o czym się z reguły zapomina, powszechnie czytając ich skromne wersje okrojone na użytek dziatwy. Cenzura obyczajowa pojawiła się zresztą już w chwili, gdy zacni miastowi panowie, którym łóżko kojarzyło się w pierwszym rzędzie ze szlafmycą, postanowili uchronić od zapomnienia folklor ludowy. W XIX wieku lud, jako zdrowy fundament narodu, nie mógł oczywiście myśleć o nieprzystojnych figlach. Mnożył się wprawdzie obficie, ale - bez komentarza. W lubych piosnkach godziło mu się opiewać jeno uroki stron ojczystych oraz harówkę na ojcowiźnie. "I stąd największym prosty lud poetą, co nuci z dłońmi ziemią brązowemi..."

Niemniej nawet wtedy trzeźwiejsi ludoznawcy zdawali sobie sprawę, że rzeczywistość wygląda trochę inaczej. "Drogi Jakubie" - pisał Achim von Arnim do starszego ze słynnych braci Grimmów - "oto (...) traktujesz podania ludowe jako na ogół niewinne, mimo że nie mógłbyś uznać ludu za zupełnie czysty i bezgrzeszny. Pozwól więc sobie powiedzieć (...), iż większość opowiadań i pieśni ludowych są to utwory nieprzyzwoite. (...) Chętnie wierzę, że nie natknąłeś się na tego rodzaju teksty, co najwyżej na takie, w których pierwotne znaczenie zostało zapomniane". Owego "zapomnienia" trudno było zresztą uniknąć, bo Grimmowie nie za bardzo przykładali się do "badań terenowych" i wiele bajek opowiedziały im znajome panienki z porządnych mieszczańskich domów, jak chociażby dwunastoletnia (sic!) Amalia Hassenpflug.

Okrucieństwa już tak starannie nie cenzurowali. W bajce "Ptak-straszydło" zły czarownik porywa sobie ładne dziewczęta. Co z nimi robi, gdy je lubi, tego się, niestety, nie dowiadujemy, ale za to gdy taka nieposłuszna ślicznotka go rozgniewa, o upodobaniach penitencjarnych czarownika dowiadujemy się ze szczegółami: "Pchnął ją na ziemię, powlókł za włosy do pnia i tam uciął jej głowę i porąbał ciało na kawałki, aż krew pociekła strumieniem po podłodze. Po czym wrzucił wszystko do miednicy".

Również bajkowa klasyka w oryginale nie stroni od horroru. Niezliczone warianty bajki o Jasiu i Małgosi kończą się zazwyczaj ucieczką dzieci, co najwyżej poprzedzoną sprytnym zamknięciem czarownicy w chlewiku albo w jakiejś skrzyni. Tymczasem u Grimmów niezbędny jest piec. "Małgosia popchnęła ją mocno, a gdy czarownica wpadła do pieca, zatrzasnęła za nią drzwiczki i zasunęła rygiel. - Huhu! - zaczęła wyć zła jędza, ale Małgosia uciekła pozostawiając bezbożną czarownicę w piecu, gdzie się spaliła".

Podobnemu złagodzeniu uległa historia Kopciuszka. Dziś o złych siostrach najczęściej wiemy tylko tyle, że z nieuprawnionej pazerności na księcia poobcinały sobie paluszki i pięty i potem miały się jak niepyszne. W wersjach bardziej budujących Kopciuszek udziela im nawet na ostatek iście chrześcijańskiego przebaczenia i szczera skrucha zmiękcza ich twarde serca. U Grimmów nie ma tak dobrze. Za wcześniejszą ślepotę na niedole bliźniego czeka obie siostry kara, hmm, okulistyczna... "Gdy młoda para szła do kościoła, starsza kroczyła po prawej, młodsza zaś po lewej stronie; i każdej z nich gołąbek wydziobał po jednym oku. W drodze powrotnej starsza siostra szła po lewej, młodsza zaś po prawej stronie; a gołąbki wydziobały im po drugim oku".

Ponieważ przez ostatnie sto lat Niemcy - co tu kryć - sporo narozrabiali, te ociekające krwią baśnie często traktowano jako wierne zwierciadło niemieckiej duszy, ochrzczonej niechlujnie i po wierzchu, a w istocie wciąż nafaszerowanej paskudnymi germańskimi mitami i mrocznej niczym podziemia karła Albericha z eposu o Nibelungach. Do tego jakoby dołożył swoje judaizujący protestantyzm, bo przecież rodzinne czytanie starotestamentowych opowiastek z ich nagminnym kamienowaniem, obcinaniem głów i ogólną rżniętką w imię Boże żadnemu dziecku na zdrowie nijak wyjść nie może. Zwłaszcza po drugiej wojnie światowej ochoczo przywoływano Grimmów na świadków tezy, że Niemcy są narodem patologicznych okrutników - z osobliwą skłonnością do palenia. Cóż, gdy czyta się, jak Frau Trude (spolszczana na Babę Jagę) "zamieniła dziewczynkę w kawałek drewna, który wrzuciła do ognia", a potem, gdy "drewno buchnęło wielkim płomieniem, usiadła przy kominie, żeby się dobrze rozgrzać", trudno nie pomyśleć o dymiących kominach Auschwitz.

Niemała więc zapanowała konsternacja, gdy po skrupulatnym przebadaniu Grimmowskich archiwaliów okazało się, że najważniejsze informatorki obu braci były z pochodzenia Francuzkami! Po części wywodziły się z hugenockich rodzin, które osiedliły się w Hesji po odwołaniu edyktu nantejskiego, jednak trafiały się wśród nich także i żarliwe katoliczki. Pospieszni emigranci dużo do nowego kraju nie zabrali, ale przywieźli swój język, obyczaje i... bajki. Na dobry ład są tedy baśnie braci Grimm w równej mierze niemieckie, co francuskie. Skoro jednak na ogół wiedzą o tym jedynie specjaliści, prawda ta najzupełniej nie przeszkadza błyskotliwym felietonistom w snuciu kolejnych rozważań z zakresu bajkowego duszoznawstwa narodów.

Prawda nie przeszkadza również w wynajdywaniu drugiego dna współczesnych bajek. Jakiś czas temu gruchnęła po świecie wieść, że pani Joanne K. Rowling, autorka przereklamowanych baśni o Harrym Potterze, w wywiadzie dla londyńskiego "Timesa" nieopatrznie zdradziła tajemne intencje swego bluźnierczego pisarstwa: "Książki te" - rzekła - "pomagają dzieciom zrozumieć, że słaby, idiotyczny Syn Boży jest oszustwem (living hoax) i zostanie upokorzony, kiedy nadejdzie deszcz ognia... podczas gdy my, jego [Szatana] wierni słudzy, będziemy tryumfalnie śmiać się i baraszkować (cavort)".

Ponieważ dzisiaj dobrego katolika poznaje się nie po tym, że wierzy w transsubstancjację, nieomylność papieża, czy inne podobne błahostki, ale po tym, że wierzy w piekielne pochodzenie Harry'ego Pottera, była to dla fanatycznych antypotterowców wspaniała gratka - niejako ostateczny i niepodważalny dowód. Ale zaiste słusznie przypomina Apostoł: "Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł" (1 Kor 10,12). Oto bowiem rychło odkryto, że pani Rowling nigdy niczego podobnego nie powiedziała, a rzekomy wywiad pochodzi ze złośliwej parodii "chrześcijańskich" refutacji Pottera umieszczonej na satyrycznej stronie internetowej "The Onion" (www.theonion.com).

Nabrało się na ten żart wielu obrońców wiary i moralności (u nas cytowali go z powagą m.in. lefebryści, których rozważania przedrukował potem nieopatrznie "Najwyższy CZAS!"), natomiast jakoś nie słyszałem, by ktokolwiek panią Rowling za swe niefrasobliwe - i bez wątpienia niechrześcijańskie - pomówienia przeprosił. Przeciwnie, jeszcze mają pretensje, że sama pomówiona nie dość gorliwie dementuje wszystkie plotki na swój temat. Plotka zaś spokojnie pleni się dalej i w jednym z ostatnich numerów "Naszej Polski" znowu można było z wypiekami na twarzy przeczytać, że "mało kto (...) zna nieoczekiwane wyznanie autorki książki o Harry Potterze, Joanne K. Rowling z «The London Times»: «Książki te pomagają dzieciom zrozumieć, że słaby, idiotyczny Syn Boży...»" etc. etc. (Ewa Polak-Pałkiewicz, "Lektura z «bąbelkami» czy satanizm kieszonkowy?", "Nasza Polska", 19 grudnia 2001).

Na dokładkę większość z tych "chrześcijańskich" egzegez Pottera jest nudna i przewidywalna niczym psychoanalityczne interpretacje bajek. Księżniczce wpadła złota piłka do studni? Ależ to oczywiste! "Złota piłka (=klitoris) nieprzypadkowo wpada do studni" - objaśnia w książce "Psychoanaliza i religia" postępowy psychoanalityk Fritz Eryk Hoevels - "(palec ześlizguje się głębiej do waginy...)" etc. etc. - z czego jasno wynika, że prawdziwym tematem bajki o złotej piłce jest onanizm. Harry Potter ma czarodziejską różdżkę? Ależ to oczywiste! "Istnieje zdjęcie satanisty i maga A. Crowleya" - objaśnia pobożny ojciec Aleksander Posacki SJ - "z «magiczną różdżką» w prawej ręce" ("Nasz Dziennik" z 19-20 stycznia 2002) - z czego jasno wynika, że prawdziwym tematem baśni o Harrym Potterze jest satanizm. Z czym kojarzy się postępowym psychoanalitykom różdżka w ręku nastoletniego chłopca, nie trzeba chyba dopowiadać.

Kliknij, by powiększyć [21 KB]
[Karta tytułowa siedemnastowiecznego angielskiego wydania dzieł Mikołaja Flammela. Czy ich autor był satanistą?]

O. Posacki podkreśla też, że "zarówno przy tworzeniu książki, jak i przy produkcji filmu J.K. Rowling dała upust swojej wiedzy na temat okultyzmu". Świadczy o tym jego zdaniem np. fakt, że w książce wspomina się o niejakim Nicolasie Flamelu. A przecież, demaskuje dalej nieubłagany ojciec Aleksander, "Flamel, o którym namiętnie czytają Harry i jego przyjaciele, istniał naprawdę i był kluczową postacią w historii alchemii. Był mistrzem wiedzy ezoterycznej i okultyzmu" ("Nasz Dziennik", 29-30 września 2001). Niesłychana wiadomość, że Flamel "istniał naprawdę" i "był mistrzem okultyzmu" niektórych wręcz "zmroziła" (Jan Wróbel, "Wady i zalety Pottera", "Życie", 8 października 2001), więc naturalnie nikt już po dziełka pana Mikołaja Flamela, notariusza paryskiego, (czasem pisanego "Flammel") nie sięgnął. Czy zresztą tak pryncypialnych krytyków przekonałaby mniej sensacyjna wiadomość, że swój aż kipiący od alchemicznej symboliki testament z roku 1414 Flamel kończy słowami: "Masz teraz skarb doczesnego szczęścia, który ja, biedny wiejski błazen z Pointoise, spełniłem trzy razy w Paryżu (...), i który ja, Flammel, daję ci z miłości, jaką żywię ku tobie, dla uczczenia Boga, dla Jego chwały, dla chwały Ojca, Syna i Ducha Świętego. Amen". Pewnie się, łobuz, maskował.

Kliknij, by powiększyć [8 KB]
[Ukrzyżowany wąż - rycina z książki Flammela. Wygląda okropnie satanistycznie, ale nie wtedy, gdy ma się pewne pojęcie o symbolach alchemicznych.]

O pisarstwie pani Rowling można powiedzieć dużo złych rzeczy, ale na pewno nie to, że są tam jakieś niebywałe okultystyczne głębie. Do zdobycia "wiedzy ezoterycznej" o różdżkach, zaklęciach i "historii alchemii" potrzebnej do napisania Pottera wystarczy dziś kilka godzin klikania w Internecie. Reszta to garść klisz z kultury masowej, metafizyka na poziomie "Gwiezdnych wojen" i schemat fabularny utrzymany w konwencji komputerowych gier przygodowych dla początkujących.

Znacznie więcej okultyzmu (i, dodam, w znacznie lepszym gatunku) znaleźć można choćby w chętnie do dziś wznawianych książkach dla dzieci Edyty Nesbit o Piaskoludku, Feniksie i tajemniczym amulecie. Są tam też magiczne imiona (Ur Hekau Seczech), egipscy kapłani i Atlantyda. Nic dziwnego, skoro autorka należała do Zakonu Złotego Świtu (The Golden Dawn) założonego w 1887 roku przez londyńskiego koronera, doktora Williama Westcotta. Przewinęła się przez ten zakon cała plejada magów pierwszej gildii (m.in. znawca Kabały Samuel Liddell MacGregor Mathers, Artur Edward Waite, czy wspomniany przez o. Posackiego arcybluźnierca Aleister Crowley), a także irlandzki poeta William Butler Yeats (Nobel w 1923 roku) i żona Mathersa, Mina Bergson, siostra znanego francuskiego filozofa Henryka Bergsona, nb. pochodzącego z rodziny polskich Żydów, Zbytkowerów.

Kliknij, by powiększyć [13 KB]
[Edyta Nesbit (1858-1924) była okultystką, sufrażystką i socjalistką, ale ponieważ nie jest tak nieprzytomnie sławna jak autorka Harry'ego Pottera, nikt w jej uroczych - i pełnych magii - książkach dla dzieci nie dopatruje się satanizmu ani innych zberezeństw.]

Edyta Nesbit była również członkinią socjalistycznego Towarzystwa Fabiańskiego, do którego z kolei należał inny irlandzki noblista, Jerzy Bernard Shaw, a prócz niego m.in. pionier seksuologii Havelock Ellis, późniejsza teozofka i protektorka Jiddu Krishnamurtiego, Annie Besant oraz córka samego Karola Marxa, Eleonora. W sumie niemal towarzystwo diabłów wcielonych, a jakby tego było jeszcze mało, pani Nesbit pisywała o socjalizmie długaśne wiersze i czynnie walczyła o wyzwolenie kobiet.

Sława jej jednak umiarkowana, więc też i nikt jej od deprawatorek i satanistek nie wymyśla, bo to nieopłacalne. O Harrym Potterze wszyscy słyszeli, więc zawsze jest nadzieja, że usłyszą też i o tym, kto Pottera odpowiednio hucznie zjedzie. Krytycy pani Rowling nieodmiennie wybrzydzają na "medialny zgiełk" wokół jej książeczek, ale sami, niebożątka, aż się garną, by choć odrobinę z tego "zgiełku" uszczknąć dla siebie. "Spójrzcie na mnie, jak pięknie podstawiłem Harry'emu nogę!" - zdają się wołać. No i podstawiają, i kopią w kostkę, i powtarzają brzydkie wyrazy. Niegrzeczni chłopcy!

Na szczęście cnota chrześcijańskiej roztropności nie wszystkim została odjęta. Dwa lata temu "Catholic Herald" rzeczywiście zdradził kilka sekretów pani Rowling. Podobno rezolutna Hermiona to autoportret samej autorki, a najlepszy przyjaciel Harry'ego, Ron, wzorowany był na ojcu chrzestnym jej córeczki, "zaprzysięgłym katoliku". Pani Rowling złożyła też wtedy nader zwięzłą deklarację światopoglądową: "Wierzę w Boga, a nie w magię". Tego już nasi rodzimi obrońcy wiary dziwnym trafem nie cytują.

Ale czy w polskim katolickim piśmie informacja, że ktoś wierzy w Boga, to jest w ogóle jakaś wiadomość?


© Lech Stępniewski styczeń 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny